Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us



Image Hosted by ImageShack.us


zimno.blog.pl




zimnoblog.blogspot.com








2.062

OB-scena.


Erna czule obejmuje szczupłe barki Silnego. Serdecznie się pochyla nad bratem i szepce z tkliwością:
- Gdy puścisz bąka, to się nie śmiej, ale powiedz przepraszam
Silny słucha.
- …bo to jest niekurtularne …
Silny w milczeniu wpatruje się w siostrę.
- … śmiać się, kiedy puścisz bąka.






by zimno | 2012-04-23 19:51:06 | skomentuj! (2)
2.061

Ciąg dalszy (i póki co – ostatni) fantazjowania w czasie śniadań hotelowych.





Potężny nadruk „BBC
graduate careers” przyciągał wzrok, tym bardziej, że dekorował czarny podkoszulek w adekwatnie gargantuicznym rozmiarze, jakieś mega-XXL, a właściciel przyodziewku z trudem się mieścił za chybotliwym stołem. Z wdziękiem olbrzyma w krainie liliputów połykał kolejne rogale i bułki i łapczywie popijał kęsy zawartością kubka. Na szyi, uwiązana do czarnej tasiemki dyndała mu legitymacja prasowa. Prawo-lewo, prawo-lewo, w rytm kęsów i w deszczu okruchów.

Quiz: kto się przyozdabia w legitymację prasową na wczesne śniadanie w pospolitej hotelowej sieciówce? Czy ta nieuzasadniona demonstracja nie przypomina dziecięcej miłości do nowej zabawki, świeżo zdobytej figurki superbohatera albo wyścigówki? Tego rozczulającego „mamo, biorę nową koparkę pod poduszkę, choćby miała mi zmasakrować twarz w czasie snu”?
Bingo. Właściciel koszulki BBC i legitymacji prasowej nie miał więcej, niż 20 lat. Jadł śniadanie i prowadził zaangażowaną rozmowę, okraszoną dobitną gestykulacją i serią poważnych zasępień i wysoko-tonowych gulgotów z kompanem, do którego, żeby go obejrzeć, musiałam się odwrócić.

Więc ruszyłam głową i trafiłam na szczupłe ramiona od barków po łokcie w tatuażach, w siatce precyzyjnych rysunków na tak świeżej, że niemal dziecinnej skórze. Chuderlawy młodziak jeszcze kilka lat temu, dam głowę, chodził z mamą i tatą do zoo, bo wyglądał na wyrośniętego prymusa, a dzisiaj już zdobył uwierzytelnienia i ostrogi do poważnej dziennikarskiej roboty. I te rozległe tatuaże na delikatnych, bladoróżowych rękach, demonstracyjna przepustka do świata, w którym można, co się chce. A spod spodu nadal prześwituje chłopiec.


Podsumujmy [uwielbiam tę zabawę, w przestrzeni „konfabulacja” podłe kanapki z masłem roślinnym i z konserwantami smakują zgoła wybornie].
Więc jeżeli jest tak, jak przypuszczam, to właściciel tatuaży wyszukuje informatorów i identyfikuje źródła, a BBC graduate career trzyma kamerę.
Kogoś brakuje.

Ale oto i ona. Monika Olejnik trzydzieści lat wcześniej, długowłosa blondynka o sprężystym kroku. Wmaszerowała do jadalni w czerwonej, sportowej kurtce, z ciężką torbą przewieszoną przez ramię, emanując siłą, zdecydowaniem i zachwycając świeżością. Wzrok ojców rodzin [tata, tata, płatki!, tata, kakao!, jogurt!] i wzrok znudzonych biznesmenów w podróży służbowej poszybował za młodą Moniką Olejnik, za każdym jej krokiem, a ona, aprobująco świadoma wrażenia, jakie tu robi, przeżeglowała między labiryntem stołów i podeszła do sąsiadującego z moim.
- No, chłopcy, - zarządziła w narzeczu BBC. - do roboty!
Panowie posłusznie przerwali konsumpcję, podnieśli z podłogi nowiutkie plecaki „The North Face” [bo liczy się każdy gadżet, kiedy idzie o renomę zawodową] i bez ociągania podnieśli się zza stołu.

Silny wlepił zachwycone oczy w blondynkę w czerwonej kurtce. Ona odwróciła głowę i się promiennie uśmiechnęła do małej, rozanielonej buzi, a później omiotła wzrokiem nasz stolik. Pokruszoną bułkę, plamy nutelli na zmiętych serwetkach, plaster szynki pokrojony w drobną kostkę, moją nadpitą kawę z mlekiem i niekompletną figurkę łucznika, z którą Silny nie mógł się od pobudki rozstać.

Jej świat. Mój świat.

Ja – wiadomo.
Ona, przebrana, tak jak jej towarzysze, w świeży kostium początku ścieżki zawodowej. Słowo „przebrani” wydaje się kluczowe. Trójka młodych ludzi była przebrana za ekipę żurnalistów, tak jak kilka lat wcześniej przebierali się za strażaków albo za Kapturka. I teraz, i wtedy przejęci swoją rolą. Zawodowe kostiumy jeszcze się z nimi nie zrosły, jeszcze rażą nowością.

Wszyscy tacy jesteśmy, mam wrażenie, na początku drogi zawodowej, nadrabiający braki miną i adekwatnym kostiumem. Przejęci i zaangażowani.

I wszyscy idziemy w tę samą stronę.

BBC graduale career w kolejnych latach przytyje, zapuści obwisły brzuch – już dzisiaj widać początki, a koszulki mega-XXL mu spłowieją i się wyciągną. Za dwadzieścia lat zarchiwizuje z trzy byłe żony i jakieś dziecko z przelotną miłością.

Temu z tatuażami się oczywiście pogorszy skóra, a perfekcyjne kontury rysunków stracą na ostrości. Mogę sobie wyobrazić jego podkrążone oczy i zszarzałą od używek twarz, kiedy dobije do pięćdziesiątki.

Jestem ciekawa losów Moniki Olejnik. Czy za piętnaście lat poniesie plamę z nutelli na rękawie wyciągniętej bluzy [mama! ciałem do mamy! – i plask umazaną buzią w macierzyńskie ramiona], czy nie.

Bo dlaczego by w końcu.








by zimno | 2012-04-22 16:12:12 | skomentuj! (0)
2.060


… ostatecznie jednak udało się nam wyjechać z oberży na wyprawę rowerową, wyjaśniwszy sobie zawczasu wszystkie „ja chcem o djoidach” i „djaczego panu jest zimno, mama” [telewizor kompulsywnie informował Silnego „j’ai froid”, co się wpisywało w ogólne zimno dookoła]. Więc jedziemy, z samozaparciem pedałuję pod wiatr, wiatr pachnie morzem, rybą i wilgocią, Silny gada, dojeżdżamy do lizaczka, wybieramy lizaczek [Silny obficie monologuje do pełnego słodkości słoja], uiszczamy opłatę w walucie Unii, cieszymy się, jak dzieci, że cukrzana kulka smakuje, jak w domu.

- Nareszcie masz swojego lizaka. – zagajam kurtuazyjnie.
Siedzimy na drewnianych schodach przed pustym, poza sezonem, biurem informacji turystycznej i machamy nogami.
Silny przezwycięża napływ śliny i odpowiada:
- Kak.
- A o jakim smaku jest ten lizak?

Jakbym nie wiedziała.
Silny odpowiada:
- O ciejwonym.



Później się wyciągam na drewnianej ławce twarzą do słońca, a Silny grzebie w półmokrym piasku. Przybiega co chwilę.
- Mama, - żąda. – widzaj mnie!
Więc patrzę.
- Mama, - apeluje Silny. – musisz to łobaczyć.
Patrzę to w słońce, to na zjeżdżalnie. I podziwiam Silnego, który się właśnie z godnością odsuwa z sytuacji konfrontacji z miejscową maman.
- Et
toi, toi, - rzecze matka zaczepnie. – fais attention avec ta sucette!
Uważaj z tym twoim lizaczkiem, zaczepia Silnego tutejsza maman. Silny mierzy ją z góry na dół i odchodzi – powoli, wręcz tryumfalnym krokiem.

Raczej nie miał na myśli napaści z lizakiem na pulchnego syna tutejszej maman.
Dojada słodkość na uboczu.































by zimno | 2012-04-20 23:23:34 | skomentuj! (0)
2.059


Prowadzimy z Silnym surrealistyczne dialogi.
- Jedziemy na wycieczkę? Po lizaki? – pytam i się uśmiecham zachęcająco, bo Silnego trudno wyciągnąć na chłód i porywisty wiatr, na zewnątrz jest co prawda słonecznie, ale lodowato.
- Nie. – odpowiada Silny.
- Dlaczego?
- Bo jest głupie.
- Co jest głupie?
- Ten kotek.
– rechoce Silny.
- Jaki kotek?
- No tamten.
Chodzi, myślę, o kota-towarzysza śniadania, bezwstydnie zadomowionego w oberży, w której wynajmujemy lokum.
Zatem zostajemy w pokoju. Ja piszę albo czytam, Silny ogląda bajki w języku ojcowskim. I wszystko rozumie. Na pytanie:
- Comment tu vas?
Odpowiada:
- Bajdzo dobrze.
- Comment tu t’appelles?

- Piki.

Ma pełną spójność językową. 



Bo sobie ucięliśmy z Silnym prze-krótkie wakacje we dwoje. Okupione co prawda pełnym wyrzutu:
- A dlaczego tak bardzo chcesz się nas pozbyć? – wyartykułowanym tuż przed naszym wyjazdem przez Nowego Człowieka.
Pozbyć się? Skąd. Wymagałam cięcia.
Cou-
pure.



















by zimno | 2012-04-20 00:19:38 | skomentuj! (0)
2.058



W wywiadzie z Tomaszem Kwaśniewskim Zygmunt Bauman robi - jak zawsze - zajmującą wykładnię internetu i trafnie opowiada o tym, że ludzie lgną do portali społecznościowych, żeby zaspokoić swoje potrzeby emocjonalne, „potrzebę uspołecznienia, bycia w towarzystwie, dzielenia się uczuciami, nawet najintymniejszymi”. „Ludzie garną się do internetu dlatego, że im nie wychodzi takie życie, w którym mogliby być pewni, że ich nie odtrącą, nie wykopią, nie skażą na banicję, a w internecie obiecuje się im gwarantowane towarzystwo.” A później jest jeszcze o własności intelektualnej („Jeśli ja panu dam dolara i pan mi da dolara, to każdy z nas ma po jednym dolarze. Ale jak ja panu dam myśl i pan mi da myśl, to każdy z nas ma dwie myśli. Na tym właśnie polega różnica między kradzieżą dolara i przyswojeniem sobie myśli czy melodii.") i o gadżetach kompensujących poczucie wyobcowania.



A to mi przypomina pewną parę, której się niedawno przyglądałam, ukradkiem. Lubię patrzeć na obcych ludzi przy śniadaniu, śniadanie obnaża głębiej, niż kolacja. Do kolacji w hotelowej restauracji goście nadciągają w makijażach, krawatach, wyreżyserowani na pseudo- albo i na nie-pseudo eleganta. Teatrzyk, eau de parfum i wysokie obcasy. Na śniadaniach noszą jeszcze ślady snu, naturalność nie roztartą goleniem albo podkładem. Ospale napominają rozbrykane dzieci, wymieniają niedokończone czułości, socjologicznie - nic ponad śniadania.

Para zza sąsiedniego stolika przyciągała uwagę. Kobieta, w płynnych granicach czterdziestki, tuż przed, albo tuż po, wysoka i postawna, nie piękna, ale intrygująca i bardzo zadbana. Szczupłymi palcami odrywała kawałki bułki [ten silny, władczy gest!], obierała jajko. Jej towarzysz, bodaj w tym samym wieku, co bogdanka, ciacho w typie Clooneya, dzięki siwiźnie wytrawniejszy, niż kiedy miał z dwadzieścia lat, metroseksualnie odziany w górę pasującą do dołu i to w kilku warstwach, a na dobitkę jeszcze fantazyjnie zamotany w szalik. Sprawiali wrażenie pary z rynku wtórnego [cóż, mam skazę wymyślania fikcyjnych życiorysów nieznanym, ale oni nie byli małżeństwem od siedemnastu lat, choć bez wątpienia w relacji].

A więc kobieta odrywała strzępy bułki, kawałek po kawałku i miażdżyła je białymi zębami, pełna ekspozycja zgryzu za każdym razem, zanurzała łyżeczkę w jajku na miękko, esencja celebracji.

Mężczyzna raz po raz pogryzał piętrową kanapkę. Popijał kawę kącikiem ust. Absorbowało go nie śniadanie, ale iPhone. Charakterystycznym gestem rozgarniał nieistniejące po płaskim wyświetlaczu i się uśmiechał albo gniewnie marszczył do wskazań i odzewów zabawki. Napomniany przez towarzyszkę, odwrócił ekranik w jej stronę [a przy okazji tak, że mi ułatwił łypanie]. Przeglądał zdjęcia. Niedobre, szerokie plany, banalne ujęcia okolicznych pejzaży, katalog, jak myślę, „dzień wczorajszy i co w ciągu niego porabialiśmy”. Nic specjalnego, w istocie, ale dla niego to było i tak lepsze od towarzystwa tu i teraz atrakcyjnej kochanki.

Smutna story przy śniadaniu.


Nie jestem bez grzechu i też przecież skalana cyfryzacją. Rejestruję i oglądam post factum zarejestrowane, tracąc - niewątpliwie - własne tu i teraz. Mam konto, a nawet dwa, na fejsie, mam bloga, kupuję w necie, płacąc z konta w wirtualnym banku. Ale nadal wolę smak świeżego chleba od „pokaż obrazy dla chleb” (tak, banalna parabola, ale co ja poradzę).

Khkeh, pokrzepiłam się.







PS. Za pełną netową wersję wywiadu z prof. Baumanem oczywiście trzeba, rzecz jasna, zapłacić ;)






by zimno | 2012-04-17 14:22:56 | skomentuj! (0)
2.057


Co prawda po tej stronie ulicy rosła tylko jedna kępa krzaków, ale Erna nie chybia. Rozpędzona na Superszybkim Bicyklu wycelowała właśnie w nią. Cel i bum. Zarośla okazały się z solidnie pokrytego kolcami ognika, niestety!, więc w domu spryskiwałam Ernę płynem do odkażania niemal od stóp do głów. Erna chlipała, mniej z bólu, bardziej, myślę, z urażonych ambicji.
- Jesteś wielką cyklistką. – pocieszałam rekonwalescentkę. – Nie przewracają się tylko ci, którzy nie …
- Kto tu jest psychiczny?
– upewnił się Nowy Człowiek, przemykając przez kuchnię pod błahym pretekstem.
Ale kiedy Erna się skonfrontowała z lustrzanym odbiciem gęstej siatki szram na prawym policzku i zawyła:
- No i jak ja będę wyglądała w tej szkole z takim czymś na buzi?
Nowy Człowiek z szorstką czułością pocieszył:
- Dobrze. Będziesz się mogła chwalić kolesiom, że walczyłaś z tygrysem szablastozębnym i że wygrałaś.

Ta wizja przyniosła bezapelacyjne ukojenie rowerzystce.








by zimno | 2012-04-16 18:48:24 | skomentuj! (1)
2.056


Słowo-wytrych brzmi zaraz. Zaraz do ciebie podejdę, zaraz zobaczę, zaraz zaraz.
Zaraz ci włączę komputer [ale tylko na kwadrans].
Zaraz sprawdzę, co z płytą, dlaczego się zacina, spójrz – porysowana.
Zaraz poszukamy tego pluszaka/twoich pantofli/złotej farbki.
Zaraz, bo kończę herbatę. Zaraz, bo się mięso przypala. Zaraz, bo mi się nie chce, bo teraz nie mogę.
- ZARAZ!
Erna zaplata zniecierpliwione ramię za ramię.
- U dorosłego człowieka zaraz to jest chyba tydzień. – rzecze.
I ma rację.

Póki co jednak kamera już jej nie rejestruje, prześlizguje się po plecach Erny napiętych w oczekiwaniu, przemyka po skupionej twarzy Silnego, Silny uruchamia i unieruchamia koparkę. I oto już Nowy Człowiek, Nowy Człowiek w oku cyklonu, w soczewce kamery, siedzi rozparty na kanapie i raz za razem naciąga palcem wirtualną cięciwę, żeby nią cisnąć w świnie jednym za drugim wkurzonym ptakiem.
- Nowy Człowieku. – mamrocze głos z offu. – Nowy Człowieku, chodź za mną.
- Zaraz
. – bąka indagowany.



I w tym miejscu pojawia się pytanie. Ściśle związane z fabułą. Immanentnie wręcz.
Drodzy Państwo, czy ktoś z Państwa hodował żółwia?
A jeżeli hodował/hoduje, to czy ma jakieś porady, którymi mógłby się podzielić? Żółw wodny? Lądowy? Jaki? Jaka trudność hodowania? Ilu procentowe ryzyko porażki?

Albowiem Nowy Człwiek zamarzył sobie zrealizować fantazję. I już go nie kręci psp ani Lego Death Star. Nowy Człowiek chce żółwia.
Wiedzą Państwo może, jak podejść do tematu?


Ponieważ oczywiście jest okazja. Co prawda jedna z internetowych księgarni sypnęła mi niedawno w mailu pomysłami, którymi rzekomo da się z sukcesem obskoczyć potrzeby zainteresowanego ośmiolatka [w pierwszym odruchu wybrałam oczywiście ten cudny tyci rower z bocznymi kółkami], ale jednak kusi mnie, żeby wziąć temat na klatę.

Pierwsza Komunia. Moment obdarowywania smarkaczy laptopem, tabletem, quadem.
Że mnie brzydzą takie zwyczaje i to dla szeregu przyczyn, więc już od września wdrażam instruktaż o sile przeżyć duchowych, nie mających związku z prezentami. Ostateczne rozwiałam też ewentualne oczekiwania Nowego Człowieka w zakresie sprzętu komputerowego i konsoli do gier. Nowy Człowiek sfiksował się zatem na istocie do kochania, do aplikowania sałaty i wyprowadzania na trawę [bo dar musi być, cha].

Proszę, pomóżcie, bezradnej :)




Tymczasem wróćmy do transmisji on line. Piątek wieczór, dopijam herbatę, Silny dłubie przy żółtej koparce, Erna pospiesznie szkicuje coś na wystrzępionej kartce, a Nowy Człowiek unicestwia prosiaki.
Za dwie godziny, wciśnięty między koc a materac na swojej kanapie z ociąganiem powtórzy formuły do jutrzejszej spowiedzi [z pewną dezynwolturą, bo taka maniera jest akurat w czołówce manier].
- A teraz się walę! – zachichoce przy „moja wina” i z emfazą trzepnie się w klatę.









by zimno | 2012-04-14 00:54:15 | skomentuj! (5)
2.055


Do dentysty albo do fryzjera znikam ukradkiem. Wymykam się chyłkiem pod błahym pretekstem przed końcem obiadu, a później telefonuję z samochodu do gabinetu, że się spóźnię:
- Pięć do siedmiu minut. Zatrzymało mnie coś. Ważnego.
Trzylatek w rozpaczy albo markotna sześciolatka.
W poczekalni – bo minęła moja kolej - nerwowo splatam i rozplatam palce, wiercę się, prostuję i podwijam nogi pod fotel, na zmianę. Co chwilę sprawdzam wskazania zegarka.


[Ten obraz jest oczywiście przesadzony i niewątpliwa nieprawda. To oczywiste - nie ma tak paranoicznych matek. Matki genetycznie potrafią zarządzać swoim czasem oraz emocjami bobasów. Pechowo jednak tylko wyraziste historie się gładko sprzedają, więc i moja musi być z charakterem, żeby znalazła czytaczy.
A zatem, dla potrzeb fabularnych pielęgnuję urojenie, że istnieje trudność w wyjściu z domu po raz drugi tego samego dnia. Pierwsze wyjście, ucieczka do pracy, jest warunkowo akceptowalna przez kongres nielatów. W drugim wyjściu kuli się zuo oraz podszepty szatana. ]


Tak więc urojenie miewa się dobrze, chorobliwie rozpamiętuje desperackie „mamo nie wychodź! nie dzisiaj!” i tak dalej, ja tymczasem beztrosko oglądam tefałen-trzy-po-trzy na telewizorze lekarza, poleruję paznokcie rękawem, usuwam resztki posiłku spomiędzy zębów małym palcem i z fantazją wywijam klapkiem.
Spokój i rekreacja.


Wracam. Silny smutno na mnie patrzy.
- Mamo, - mówi i chlipie, wręcz się zanosi imaginacyjnym płaczem. – Mamo, ciebie nie biło i ja zapuakałem.

Aua.
 








by zimno | 2012-04-11 23:57:52 | skomentuj! (1)
2.054


Mam niekiedy wrażenie, że to taka gra, żeby odhaczyć w oznaczonym czasie wszystkie punkty na szlaku, codzienny bieg po tej samej planszy. Za wyjazd z domu trzy minuty przed czasem – dodatkowy rzut kostką i chwila na pilny telefon do koleżanki (później pech i bonus przepada w korku na Warszawskiej). Dwa pola do tyłu za zaległość z wczoraj, bo w drodze do pracy musisz wstąpić tu albo tam, tracisz sześć i pół minuty i ich nie nadganiasz. Odczekujesz kolejkę za dzisiejsze nadrabianie poślizgu z ubiegłego poniedziałku (lista zaległych spraw w kalendarzu generuje codzienny monit metalicznym brzękiem, nie usuwaj punktów z listy przed ich wykonaniem). Kilka chaotycznych ruchów w dół i w górę planszy w czasie pracy i choćby armagedon nie opóźniaj wyjścia, bo dotarcie po czasie do bazy „placówka edukacji” równa się dyskwalifikacji.

Później nie bywa luźniej - obiad, lekcje, upychanie z nieletnimi stroju na karate.
Pranie.
Pranie jest mityczne. Za dwa prania w ciągu doby masz jedno oczko do przodu gratis w planszy z kolejnego dnia.
Podobnie - za wstawienie pieczeni na konto jutrzejszego obiadu.
Po dwudziestej trzeciej co prawda w części zdychasz z wyczerpania, ale wykonałaś już co najmniej ćwiartkę z przewidzianych na dzisiaj zadań.
Brawo.
Sama sobie bijesz brawo, kiwasz się w auto-entuzjastycznym aplauzie (a w ręce żelazko), bo pionkom z gry w „mama-mama-mama” to poniekąd rybka.



Macierzyństwo jest doświadczeniem totalnym przeczytałam dziś kątem oka w korku na Garbarach (pochwalone korki, tylko dzięki nim na bieżąco skanuję prasę).
Ech, totalnym, totalnym, wiem to od sporego czasu. I bezwzględnie absorbującym we wszystkich obszarach. I tak dalej. Codziennie, dzień w dzień, miesiąc po miesiącu. A kolejne miesiące liczy się w latach. Co prawda nie zrywam się już do nocnych karmień, ale nie narzekam na nadmiar nocnego relaksu. W ogóle – na nadmiar rekreacji. Na niedosyt ogarniania. Na jakikolwiek deficyt w procedurach obcierania smarków. Co daje oczywiście niepowtarzalną satysfakcję (cóż, w istocie daje), ale – do licha! – jest krańcowo ciężką pracą.



Czas na regularne blogowanie się wchłonął w któryś z codziennych algorytmów typu „kolorowa bielizna na lewo, białe na prawo”, albo „przetarcie po posiłku blatów”. Żalmi.


A żeby zakończyć tezą uniwersalną, to pozwolę sobie zauważyć, że prywatne kobiece dramaty sprowadzają się w istocie także do tego, że po powszedniej krzątaninie nic nie zostaje, żaden ślad, żadna trwała szrama na czasie. Nie ma z tego żadnej katedry ani poematu. Ubrania się brudzą, posiłki znikają, a świeżo zamiecioną polepę brud pokrywa regularnie, każdego dnia.


…dzieci rosną (tu – dziecko na gościnnych, świątecznych występach, już niemal nastolatek, a ledwie wczoraj leżał mi na brzuchu w dniu tak zwanego przyjścia na świat, sprężysta krewetka, trzy i trochę kilograma).
























… kolejne święta będą, są, mijają.






Życzę Wam, którzyście tu jeszcze przetrwali, dobrego poświątecznego czasu!
Najlepszego po Świętach!
I niech się Wam darzy ;))))










by zimno | 2012-04-11 00:07:24 | skomentuj! (0)
2.053


Silny nieufnie spojrzał na swoje wiosenne butki. Na krągłe ramiona w rękawach lekkiej kurtki. Z dezaprobatą potrząsnął głową (a na niej bawełniany kaszkiet).
- Wygjondam jak świnka Peppa! – prychnął z odrazą.
- Skąd! – zamachałam rękami.
Silny nie dał mi wiary.
I poczłapał noga za nogą na wprost, zrezygnowany.



--------------------------------------------------------------------

A z wiosną – przyznacie - dziwna sprawa.
To tirli-tirli jakichś tam ptaszków co rano.
Małe, butne kwiatki a to tu, a to tam.
Słonko, trawka, chmurka niebem popier-
dala
ala
ala.


I znowu jest tak samo cudnie, jak co-roku-o-tej-porze, powietrze pachnie tak-jak-zawsze-w-marcu, ekspresowa reanimacja świata, świętej pamięci ubiegłoroczne liście się zwinęły z konsternacji pod krzakami, jest globalne pęcznienie, kiełkowanie, emisja odurzających aromatów.
Trochę ciepła, trochę światła i ze zdechłej zimy ziemi się klują świeże, bez zarzutu, nienaganne kiełki, pędy, liście, lato-
rośle
ośle
ośle.
Ogólne, powiedzmy, zmartwychwstanie. Nie żaden oszukańczy botoks realiów, nie wyłącznie przetarcie wizji suchą szmatką wiosennego wiatru, ale czyste, jędrne, nowe tkanki.
Jak-co-roku-w-marcu.
To się nazywa cykl wegetacji?
Szkoda, że tylko na gałęzie tak działa
ała
ała.




W tym miejscu chciałam powiedzieć, że się nie czuję częścią właśnie wschodzącego na nowo świata, z nowych tkanek mam, obawiam się, wszystkie te same (wyjąwszy standardowe odnawianie się rzeczonych u Homo sapiens). I nie, niestety, nie chce mi wyrosnąć żadna nowa, napięta skóra wokół oczu w marcu (nie wnikając w stan tonusu w innych frakcjach ciała).
O, oszukańcza wiosno.

Co roku przecudownie taka sama.
Ani chybi mam w tym roku smugę cienia.

Tymczasem - Erna chodzi na moich nogach. Ciągle w znacznie mniejszym rozmiarze, ale chodzi na moich, bez wątpienia na moich, poznaję ich zagięcia i załamania. Więc, voilà mam tu swoje mikro-zmartwychwstanie, moje nogi chodzą w mojej córce, moje „i” pisane jest w Nowym Człowieku, uwieczniam się, niebagatelna pociecha, po kawałku.
Wieczność zdezintegrowana.



--------------------------------------------------------------------

Puszczykowo koło Poznania.

 











by zimno | 2012-03-24 23:22:59 | skomentuj! (0)
2.052


- Sama mówiłaś, – Erna skręciła wokół palca rozkapryszony warkocz. – że dwa minusy dają plusik! Mamo!
- Mówiłaś!
– solidarnie zawtórował jej Nowy Człowiek. – W sobotę! Przy śniadaniu!
O zgubny skutku pewnego referatu (karłowatego! literalnie - piętnaście zdań) z matematyki stosowanej.
Ojciec Dzieciom i ja klarowaliśmy Nowemu Człowiekowi zawiłości poruszania się w zakresach liczb ujemnych i dodatnich.
A już po kilku dniach iloczyn miał mnie trafić …
Silny tymczasem już-już się nosił z zadaniem pytania:
- A laczegó?
Z zaokrąglonym, utoczonym w balon „ó” na końcu zamiast „o”.


Nielaty jęły się z miejsca przekrzykiwać wynikami działań na dwóch, na trzech, na stu pięćdziesięciu ośmiu minusach naraz.
- A laczegó? – z zainteresowaniem indagował najmłodszy brat.
Skuteczność morderczej restrykcji, którą właśnie miałam wdrożyć [paskudny, ujemny, wirtualny czarny punkt dla Erny na imaginacyjnej tablicy dobrych obyczajów], więc efektywność kary zawisła na włosku.
Na lichej pajęczynce niezłomności zasad.

- Co prawda w matematyce owszem, - rzekłam. – jest, jak mówicie z dwoma minusami, ale w życiu wręcz przeciwnie.
Cha.
Nielaty z ociąganiem zgasły.



Cóż, nie stworzyłabym kodeksu Hammurabiego mimo maksymalnej koncentracji, jestem wyjątkowo niefachowa w nakładaniu restrykcji z epickim rozmachem. Nie mam żadnego upodobania i brak mi polotu w budowaniu ad hoc bezwzględnie obowiązujących praw typu „jeżeli W TEJ CHWILI nie posprzątasz tych kredek/książek/puzzli, to PRZEZ TRZY DNI nie będziesz mógł … mogła …”.
Mamo.
Mówiąc wprost, mam problem z szybką a wiążącą wyceną, ile godzin szlabanu na gry jest warta jedna bójka między braćmi. A ile i czego w zamian za histerię i rzęsisty płacz sponsorowane przez nie założę dziś czapki. Ile za butną i nieuzasadnioną odzywkę.
I tak dalej.

Nadal jesteśmy z nielatami w czasie stawiania granic.
Jakie to bywa trudne. Mamo.
Konsekwencja, słuszność, sprawiedliwość i równe traktowanie. A żeby nie zniewalać.




Ernę dyscyplinują imaginacyjne punkty ujemne i foch na mojej twarzy.
Nowego Człowieka dyscyplinują szlabany.
Silnego – to się jeszcze zobaczy.









by zimno | 2012-03-14 00:57:48 | skomentuj! (0)
2.051


Prymuska.
Zawsze ciasno splecione warkocze i wyprasowana kiecuchna.
Schludne zeszyty, drugie śniadanie zamknięte w hermetycznym worku.
Prymuska nerwowo obgryza skórki wokół paznokci, bo z odpytania dostała cztery plus, a nie piątkę.
Co za niefart! Cztery z plusem! Wstyd wręcz. Porażka ogólnie.

--------------------------------------------------------------------------


Porcje makaronów jadłyśmy w trójkę, wszystkie trzy – matki małym dzieciom, oprócz wychowania dzieci zaangażowane w pracę pozadomową.
Co prawda nasza rozmowa była z góry nieco zmoderowana, bo się spotkałyśmy, żeby pogadać o kondycji Matuchny z Polski, ale temat prymuski wypłynął spontanicznie.
[Droga A., ta anegdota jest Twoja, muszę ją przytoczyć.]
Zagraniczna znajoma A. nigdy nie postawiła stopy na terytorium RP (włączając ambasady oraz statki powietrzne i morskie, jak rozumiem), więc jej skażenie algorytmem Matki Polki Samopoświęcającej należy a priori wykluczyć.
Znajoma A. jest kobietą 30+, o mocnej pozycji zawodowej i świetnych kwalifikacjach. Urodziła w ostatnim czasie dwoje dzieci, szybko wróciła do pracy. W tygodniu sporo godzin spędza w firmie albo na wyjazdach służbowych. Utrzymuje rodzinę. Dziećmi zasadniczo zajmują się placówki, a po godzinach - pracujący naukowo ojciec.
Weekendy znajoma A. poświęca na gotowanie. Uciera, pasteryzuje i zamraża ekologiczne półprodukty, które w ciągu tygodnia są odgrzewane na posiłki dla dzieci.
Eko-marchew. Eko-przepiórka. Eko-słoik.
Eko pozdzierane paznokcie.

Znajoma A. zapytana o motywację, o powód i w ogóle dlaczego i po co, dlaczego nie odpuści i nie odpocznie, opowiada coś mętnie o odpowiedniej i nieodpowiedniej żywności dla młodych żołądków. Kluczy.
Myślę, że w sumie powód jest nieważny. Produkcja eko-przetworów się wpisuje w klasyczne zachowania lękowe charakterystyczne dla prymusek. Może chodzi też o iluzję poczucia kontroli, która siłą rzeczy jest ograniczona (matka nieobecna w ciągu tygodnia), więc się materializuje w menu.
Znajoma A. jest jak żywcem wzięta z „Nie wiem, jak ona to robi”, jest ucieleśnieniem Kate Reddy pudrującej cukrem mufinki ze sklepu, żeby przypominały domowe.  

A sama też przecież pudruję.
Upycham w tornistry śniadaniówki, wieszam pranie po nocy, rano podsuszam rajstopki.
Z wewnętrznym, głęboko osadzonym w śledzionie przekonaniem, że MUSZĘ.
Sprawdzić się na 100% i zdać każdy egzamin na bdb (co jest oczywiście pewną przesadą i figurą, ale nie fałszuje istoty).
Prymatem prymuski jest bezustanne udowadnianie, że się nadaje, że się sprawdza, że jest wzorowa.
Prymuski nie determinuje, jak się okazuje, Matka Polka, prymuska ma jakieś inne źródła.
Może one są w wychowaniu typu „bądź grzeczna i słuchaj”? Nóżki razem?
Cicho bądź!
Ucz się!



Na dzień kobiet życzę Ernie i jej rówieśnicom i tym wszystkim, którym się to jeszcze uda – zerwania z toksyczną prymuską w głowie.
(Sobie też, w sumie ;)))) ).








by zimno | 2012-03-08 23:42:51 | skomentuj! (2)
2.050


Dzień Kobiet tuż za rogiem [manifa w Poznaniu w czwartek, o 18.30 przy Półwiejskiej, koło pomnika Starego Marycha, osobiście not attending, bo w tym czasie zabawiam nielaty], więc wobec bliskiej perspektywy goździka i rajstop, internet i prasa drukowana wyręczają mnie w krucjacie, że to fe, że MĄŻMINIEPOZWALA (za to kocha) i ogólnie, że być może dyskryminacja nie jest bajką dla niegrzecznych feministek na dobranoc.


Niezły jest ostatni „Przekrój”, artykuł o Wikipedystkach, o ulicznicach w miejskich nazwach, o rehabilitacji czarownic i świetna enuncjacja Wandy Nowickiej (szacun!), że „wielu posłankom się wydaje, że lepiej być posłem. Że karierę w polityce łatwiej im będzie zrobić, jeżeli odetną się od feminizmu. Bo dzięki temu bardziej się będą podobały kolegom, więcej zyskają jako «grzeczne dziewczynki».”
Nie wyłącznie w polityce, obawiam się.

Makabrycznym epilogiem do MĄŻMINIEPOZWALA jest natomiast świeży felieton Anny Dryjańskiej, linkowałam go na fejsie, o ofiarach przemocy domowej. Jakże malowniczo oni im nie pozwalają. Z miłości, jak wnoszę, i to z miłości aż po grób, bo ze śmiertelnymi skutkami.

Agnieszka Jucewicz też pisze dziś o tym, co i ja uważam.

Więc czuję wręcz przemożną synchronizację z częstotliwością świata.




Tymczasem, tymczasem. Po południu z obłędem w oku, z suszarką do włosów, z klapkami, z butelką wody i skarpetami (dwie pary) na zmianę wpadam na basen. Nielaty jeszcze się nie zmarszczyły od nadmiernego spławiania, ale już prawie-prawie. Popycham wahadłowe drzwi i trafiam w róż, ląduję w falbanie, w tiulu, w tutu, w gromadzie pięciolatek, a każda z nich jak różowy łabędź, każda trochę nadal nieporadnie, ale już wyciągnięta, napięta w quasi-pas.
Są śliczne, są ucieleśnieniem wszystkich słodko-tandetnych marzeń pięciolatek o zjawiskowej balerinie na scenie i o oklaskach.
Wymijam szykujące się do zajęć pięciolatki z myślą, że dla Erny to już jest zamknięty rozdział, że nie sądzę, żeby się dała namówić na różowy trykot z falbanami, teraz woli karate. A jeszcze tak niedawno truchtałyśmy razem po staromiejskim bruku po strój na balet ze sklepu pod podcieniami.
Tempus fugit i gwałtowne dorastanie.


Silny za to nadal jest na etapie - toutes proportions gardées – ocukrzonego pierożka. Jest marcepanem pociągniętym skórką o mlecznym zapachu (i uzbrojonym w miecz i w tarczę).
- Mama, - mówi. – mama, choć tu!
I macha do mnie z kanapy.
Podchodzę.
- Jesteś kochana mama. – szepce Ocukrzony Pierożek.
A lukier kapu-kap.
- A ty jesteś kochanym synkiem. – odpowiadam.
- A ty kochanom … - zastanawia się Silny. – synkom!
- A ty kochanym malcem!
- A ty
… - Silny szuka czegoś, co byłoby adekwatne. – kochanom kjowom!
Jak bowiem wiadomo, krowa jest aktualnie wiodącym zwierzęciem domowym w rankingu Marcepanka.


Wieczorem czytamy jedną z Baś.
- Nie mów z pełną buzią. – rzuca mama Basi w stronę Basi. Basia w fabule rozrabia. – I przestań się kiwać na krześle.
- Widzisz,
- rzuca oskarżycielsko Erna. – jest taka sama, jak ty.
Pauza dla pełniejszego efektu.
- NIEMIŁA! – Erna wydyma wargi.
Kontynuuję lekturę.



Niemiła.
No tak.








by zimno | 2012-03-07 00:13:36 | skomentuj! (1)
2.049


W świetle zasad obowiązujących w rzymskim prawie cywilnym, kobieta – bez względu na wiek – nie wyrastała z niedojrzałości.

Cezurą rzymskiej pełnoletniości było ukończenie 12 lat – dwunastoletni rzymianin nabywał zdolność do czynności prawnych i mógł rozporządzać tak sobą, jak i swoim majątkiem. Rzymska kobieta jednak (a raczej w tym wieku nadal jednak dziewczynka), tak czy inaczej - istota ze swej natury płocha, rozrzutna i bezmyślna z ukończeniem 12 roku życia trafiała z mocy prawa w obowiązkowy i dożywotni mechanizm tutela mulierum.

Opieka nad kobietami, jak pisze Wacław Osuchowski w „Rzymskim prawie prywatnym” (zakurzone, ubiegłowieczne tomiszcze wydłubałam właśnie z biblioteczki), a więc tutela mulierum miała na celu „utrzymanie majątku dla krewnych agnacyjnych” (czyli w linii męskiej) i „zabezpieczenie ich przed rozrzutnością kobiet”.

Budujące, myślę.

Prawo rzymskie gugla się średnio, to w końcu nie ACTA, ale da się przez wyszukiwarkę wygrzebać, że „w republice zmniejsza się rola tutela mulierum, za pryncypatu zaczyna zanikać (lex Iulia et Papia Pappae). Kobiety wolno urodzone mające troje, a wyzwolenice - czworo dzieci nie podlegały opiece.”

W istocie zatem, dla rzymianki z czasów republiki analogicznej do poniżej podpisanej nie było kwestii w kwestii tutela mulierum. Trzy porody i władza męża ekspirowała – pyk. Gorzej z bezdzietnymi albo z niezamężnymi, albo z matkami jednego dziecka. Nieszczęśnice do śmierci dla ważności swoich rozporządzeń potrzebowały aprobaty sprawującego opiekę.





Załóżmy, że się zgadzam - dla potrzeb dyskusji - że MĄŻMINIEPOZWALA to w ogóle nie temat. Mnie to nie dotyczy, Ciebie i Ciebie i Ciebie, jak rozumiem, również nie.
Załóżmy, że przyjmuję, że ewentualne MĄŻMINIEPOZWALA jest przejawem czułości, przywiązania, ba – malowniczego zsupłania się w jedno. Werwa, z jaką walczycie o prawo do miłości, która ci wszystko wybaczy jest ujmująca. Nawet się wzruszam poniekąd.

Niepozwalająca miłość w wersji z komentarzy pod poprzednią notką jest tak silna, że nie dość, że ci wszystko wybaczy, to jeszcze żąda „bądź mi niezmienną”, bądź mi ciągle w tej samej, błękitnej sukience, biegnąca w tęczę.
Ach.


Nie robię w teorii miłości, pisanie o konceptach związków damsko-męskich byłoby tutaj groteską, ale tytułem kamyczka, to nie podzielam poglądu, iż jakoby narzucanie własnej wersji wyglądu/poglądów/czegokolwiek stanowiło przejaw skrajnego przywiązania do osoby, której się narzuca. To raczej przywiązanie do własnej wersji tej osoby, więc skoro mowa o miłości, jest to miłość do siebie, potocznie zwana egoizmem.

Ale, ale.
Wracając do przykładu z zębem.

Co prawda wychodzę z założenia, że nie każdą anegdotę trzeba żyłować do kości, bo im mniej szczegółów, tym bardziej to wielofunkcyjne, ale biorąc pod uwagę okoliczności pociągnę temat MĄŻMINIEPOZWALA zadrutować szczęki.

Autentyczny mąż autentycznej pacjentki z notki 2.048 POZWOLIŁ rzeczonej powiększyć piersi. POZWOLIŁ na botox. Dał zezwolenie na podciągnięcie i tego i owego. I to dzięki licznym interwencjom chirurgicznym, ze szczegółami opowiedzianym w trakcie wizyt, dentystka dyskutując z moim ślinotokiem zreflektowała się, że jest w sumie dziwne, że na prostowanie zębów NIE POZWOLIŁ. Po chwili zastanowienia przypomniała sobie, że NIE POZWOLIŁ, gdyż albowiem powziął wątpliwość, czy konstrukcja na szczęce nie uniemożliwi aby całowania się (ewentualnie czegoś innego, nie wnikam).

Przyznacie - argumentacja miłości. Słabnę ze wzruszenia.



I nie, to nie tak, że twierdzę, że mężczyźni w związkach są źli, brutalni, zaborczy i generalnie zapoceni.
Ech, ci fe, fe, fe, mężczyźni.
Nie, to, o czym chcę powiedzieć, to niezrozumiała dla mnie postawa kobiet. Istota rzeczy nie leży w niepozwalającym mężu, ale w jego podporządkowanej żonie.
Próbuję się tu przebić z tezą, że mnie zdumiewa założenie, że jeżeli on nie pozwala, to kocha.
Nie pozwala? A jakie ma umocowanie? W czym?
MĄŻMINIEPOZWALA się nazywa, pamiętacie, tutela mulierum.
Opieka nad niedojrzałymi i kobietami, bo to synonimy.



Mogę zrozumieć, że nadal się rodzą wyznawczynie teorii, że kobieta jest szyją. W sobotnich Wysokich Obcasach opublikowano list pani, bardzo zadowolonej z siebie, która pisze, że „nawet jeżeli splendor spadał na szefa, to i tak wierzyłam, że wszyscy wiedzieli, kto za tymi nowatorskimi pomysłami stoi”.
Hm.
Co kto lubi, oczywiście.
Ja wolę, żeby mój ewentualny splendor spływał na mnie, ale wiem też, że nie ma jednej prawidłowej teorii spływania splendoru tudzież nie pozwalania przez męża.

Tyle, że nie jestem przekonana, że MĄŻMINIEPOZWALA to zawsze świadomy wybór kobiet.
Nie jestem przekonana, czy MĄŻMINIEPOZWALA nie płynie przypadkiem z przyjęcia, że otóż ja, pełnoletnia kobieta jestem tak krucha, płocha, rozrzutna i niepewna siebie, że bez stosownej opieki zrobiłabym pewnie coś głupiego.
Tymczasem MĄŻ PRZECIEŻ WIE LEPIEJ, więc daję mu umocowanie do NIEPOZWALAMCI.




Pamiętacie TO?
Smacznego.









by zimno | 2012-03-05 00:26:12 | skomentuj! (0)
.


KOMUNIKAT.

Uwaga,
Czytaczki/Czytacze ciekawe/ciekawi szczegółów tego, NACOMĄŻNIEPOZWALA.

Tutaj co prawda nie widać komentarzy, za to na http://zimnoblog.blogspot.com/ widać je.
I to jak!

Pozdrowienia,

z.





by zimno | 2012-03-01 23:25:19 | skomentuj! (1)
2.048


Internet buzuje na temat, czy Ministra Mucha jest zuchwałą językową rewolucjonistką, czy – figlarna! - chce dyskusją nad błahostką odwrócić uwagę od swojej niekompetencji i dyletanctwa.
Ja tymczasem, cóż, ja w tym czasie się układam na fotelu u dentysty.
Dentystki.

[Uwaga, będzie anegdota wzięta z życia w skali 1:1].


Podoba mi się ministra. Jest urzędowa, poważna, ministrze nie można protekcjonalnie zarzucić językowego błazeństwa.
Przy okazji - nie podoba mi się związek frazeologiczny „piękna minister Mucha”. Jeżeli „piękna minister” tak gładko wchodzi w klawiatury, jeżeli żadna drukarka, żadna drukarnia się nie zatnie na „pięknej minister” to – idąc najkrótszą drogą – parytety mają sens. Tylko w patriarchalnych układach można bez żenady i z nonszalancją szafować lekceważącą klasyfikacją jednej płci. Zrozumiałe, że chyba tej słabszej. Ładna/brzydka/gruba/stara urzędniczka państwowa.

Słyszeliście, skoro już mowa o ładnych, że nowa prezeska UKE się prezentuje znacznie słabiej, niż jej poprzedniczka? Czytałam o tym na jakiejś poważnej stronie gospodarczej. Że nowa nie ma tego charme. I jest o kilka kilogramów bardziej.
Siara.



Tymczasem, wracając do Muchy. Oto i anegdota. Prosto z prawdziwego świata.

Nie ukrywam, bo się nie da, że noszę na zębach aparat. Taka fanaberia i moja osobista fundacja spełniania marzeń. Leżę otóż wczoraj z aparatem, z dentystycznym sączkiem, ssawką, w papierowym śliniaku, z lampą pięćset-osiemset watów skierowaną w twarz, a dentystka, zwyczajem dentystów, prowadzi ze mną kulturalną dyskusję na aktualne tematy.
- Plubgheke-gheke. – odpowiadam na każde zadane pytanie.
Aż tu nagle.
Aż tu nagle dentystka w toku monologu mimochodem wspomina o pacjentkach, które przychodzą kontrolować stan uzębienia albo uzupełniać braki, kładą się z lampą pięćset-osiemset watów skierowaną w twarz i zeznają, że marzą o aparacie, ale MĄŻ NIE POZWALA.
- MĄŻ NIE POZWALA??? – pytam, nie zważając na sączek, ssawkę, śliniak i wielowatową lampę.
I ucinamy sobie pogawędkę o MĘŻA NIEPOZWALANIU.
I jestem zdruzgotana.
Jest 2012.
Ministra Mucha z uśmiechem (pewnie po aparacie) preferuje ministrę.
Mieszkankom dużego polskiego miasta natomiast MĄŻ NIE POZWALA.
I uściślijmy – nie chodzi o kwestie finansów. Dodajmy – te panie pracują zawodowo i zarabiają na waciki i pomadki.
Wyjaśnijmy też, że do chwili mojego spektakularnego plubgheke-gheke dentystka nie była zdziwiona faktem, że otóż MĄŻ NIE POZWALA.



A Wam?
Na co Wam MĄŻ NIE POZWALA?
Dobijcie mnie.








by zimno | 2012-03-01 00:13:17 | skomentuj! (9)
2.047


Redakcja otrzymuje liczne komcie, maile oraz esemesy (komcie na blogspocie moderuję bez pardonu, jak się nietrudno domyślić), czy i kiedy i dlaczego jeszcze nie doszło do zaprzestania przez autorkę wyżywania się na temacie [ANTY]macierzyństwa.
Otóż nie dojdzie do tego tak prędko.
Był event, jest temat i zamierzam go wycisnąć, wyeksploatować [ANTY]matkę (… lubię to liternictwo) do ostatniej subiektywnie zapamiętanej idei.




A dzisiaj foty, bo jak wiadomo w świecie „Faktu” - kiedy nie ma fot, nie ma faktów (albo wiarygodność tych ostatnich jest cokolwiek kontrowersyjna).

Czas Kultury” właśnie, ostatnio, w miniony piątek puścił w świat zdjęcia. Zwróćcie uwagę na promieniejącą Matkę-Założycielkę [ANTY]matki – Justynę Zimną i fantastyczne grafiki Joanny Ławniczak.








[zdjęcia ze strony www.eczaskultury.pl











 
by zimno | 2012-02-27 23:45:31 | skomentuj! (1)
2.046


Żywieniowo-obyczajowy kontredans kontynuujemy przy śniadaniu.
Trzy kroki w przód, schodzimy do jadalni szeroką ławą.
Pierwszy jest Nowy Człowiek, na długich nogach, w podskokach gna się rozeznać, czy dowieźli cytrynową herbatę. Za nim podąża Erna, kapkę nadąsana, jak zwykła być co rano, cała w warkoczach, cała w gestach wykonywanych z emfazą, za to bez klapek, demonstracyjnie pogubionych na trasie. Później ja z Silnym u boku i słoikiem czekolady.
- Króliczku mały … - mamroczę w napadzie egzaltacji.
- Jestem … KJOWOM! – chichocze Silny. – JESTEM KJOWOM, MAMA! MUUUU!!! MUUUU!!! KJOWOM! MUUUU!!!
Wspaniale.
Pochód zamyka Ojciec Dzieciom z kartą do pokoju, ze śniadaniowymi akcesoriami … Krowy, z moją książką i z zapasową paczką herbaty cytrynowej.
Teraz każda para po dwa kroki w prawo. I obrót przez lewe ramię.



Szukamy stołu o parametrach wystarczających na obsadzenie go bandą.
Zespół Bitumicznej Ekstazy, mistrzowie samodyscypliny i luminarze wczesnego wstawania monopolizują centralną część jadalni. Wilgotne, obniżone od wczorajszego wieczoru basy poddają drobiazgowej analizie śródnocne zachowania społeczne własne (my poszliśmy o wpół do czwartej, a wy? o której? o, cha cha cha cha) i kolegi Marka. Kolega Marek/ butelka/ łazienka/ paw, a dalej to już tylko ustawa o ochronie danych osobowych, GIODO i prokurator. Tak czy inaczej - za wcześnie, Marku, koledzy twierdzą, że żenada, że Marek wysiadł o wiele długości zanim. Pararam-para.
Lepkie rechotanie.
- Mamo, a o czym oni rozmawiają? – pyta Nowy Człowiek.
I dlaczego tak donośnymi głosami.



W kontredansie następuje krótki galop, sześć kroków w podskokach między bufetem a krzesłami. Ukłon.
Nowy Człowiek się zawiesza nad filiżanką bez herbaty.
Kontempluje Mount Cukrovest na dnie, nierozpuszczoną zawartość pięciu tutek cukru.
Kanapka, Nowy Człowieku, tu czeka kanapka. Bułka z czekoladą.
Am am am.


W okolicach masła natykam się na Buraczkowego. Buraczkowy jest dzisiaj odziany, w odcieniach cery różano-fioletowy i nadal samiec alfa, półgłosem referujący koledze o półprzytomnym wyrazie twarzy walory kolejnych baz brunetki, jak się domyślam, tej w kardiganie.
Kiedy wracam po dokładkę (chleba bułek sera masła) Buraczkowego opadają wątpliwości moralne i się radzi Nieprzytomnego, czy aby nie posunął się za daleko z brunetką (a na imię jej Marta) na forum firmowym plenarnym.
- Eee. – poczytalność arbitra jest sporna, acz zainteresowani nie przywiązują do tego wagi. – eee, - mruczy Nieprzytomny.- tylko … tak ją … tak … na kolanach, tego, trzymałeś ...
Absolucja się dokonała.



W kontredansie kilka posuwistych kroków, powiedzmy, że po dwa w lewo, dwa w prawo.
Erna podłubała w płatkach i oto już zwisa z krzesła.
- Już nie mogę! – płacze. – Dużo zjadłam!
- Ja tesz dużo zjadłem! – uruchamia się Silny. Uruchamia się Krowa. Korzysta ze świeżo nabytej mowy, jak z nieopatrzonej jeszcze zabawki. – Mjenso! I sos! I makajon! I żelki!
Na jednym wydechu.
- Z porannych potrzeb tylko zjadłem. – Buraczkowy pełnym głosem zabawia załogę Bitumicznej Ekstazy.
- Mama, a to jest twoje ulubione śniadanie, że ci nie uciekamy? – pyta Erna.
Znowu siedzi, zamaszyście wywija sztućcami, kończy płatki.
Mhm, ulubione. Tak.
- Mogę się przejść? – reflektuje się Erna. - Bo mi nogi ścierpły.
Silny pyta:
- Mama, a mogę iś nadó?
- Jacek, a ty to masz trzy żołądki, Jacek. – zaśmiewa się gromko pracownica Bitumicznej Ekstazy.



W kontredansie tancerze wykonują ceremonialny dyg i się rozchodzą do swoich zajęć.









by zimno | 2012-02-25 23:41:56 | skomentuj! (0)
2.045


Najpierw jest kwadrans mozolnego utrwalania konfiguracji nakryć. Ten nie tu, tamta nie przy tym, gra w gorące krzesła, dla tego herbata, trochę gimnastyki jak znalazł jako wstęp do kolacji, orzeźwiające preludium posiłku, dla mnie kawa, ale na koniec, z ciastem, jałowa przepychanka nad pustymi talerzami.
- I sok jabłkowy!
Nie zrzuć!
Nie ciągnij!
Hejmały patrzpodnogi ciągnieszobrusdziewczyno.
Uważaj!

- Dzisiaj polecam państwu stół szwedzki, – postawna kelnerka nachyla się nade mną nieco, tak to zdaje się ujmują w fabułach, konfidencjonalnie. – smażone ziemniaczki, kurczaczek, tilapia, zupka szczawiowa z jajkiem …
- A ja bym chciał herbatę. – jęczy ktoś.
Jakiś młody głos.
- A tutaj pyszne sałatki … - dobra kobieta wskazuje na blat tuż za plecami fluktuujących nielatów i jednocześnie omiata życzliwym wzrokiem kłębiący się …
Drobiażdżek?
Ładne słowo, omiata.
- Dla nich to, co zwykle. – mówię. – Dwa razy frytki z
nuggetsami. Bez keczupu.
Tak mówi ich matka, ich matka dobywa z siebie – też ładne słowo: dobywa – a więc dobywam z siebie westchnienie, prośbę, żądanie, żeby prędko, żeby jak najszybciej i bez zbędnej zwłoki.
- TO SAMO, CO ZAWSZE!
Bo dobre sobie, ależ to zabawne, o buacha cha, szczawiowa/sałatki/tilapia.





- Ja mam 149 a wy ile ile ile macie?
Czknięcie. Tak, bez wątpienia – to czknięcie. Dorodna brunetka spowita w krzywo spięty kardiganik ciężko opada na krzesło dwa stoliki dalej. A oczy jej … mój ty Boże, nie jak dwa szmaragdy, raczej jak dwa mętne bajorka na gładkiej, ładnej twarzy. Wyjazd integracyjny firmy Bitumiczna Ekstaza zaszczycił otóż nasz hotel. Integracja zaś, droga młodzieży, ma swoje prawa, alkohol podpijany ukradkiem w pokojach, jak na koloniach dla dwunastolatków w Dziwnowie albo w Rabce i damsko-męskie podchody na poziomie adekwatnym.
- Sto czterdzieści siedem. Siedem. Siedem. – bulgocze zataczający się towarzysz przystojnej pani. – Zaraz ci udowodnię … wodnię …
Znowu czknięcie.
- Tu mam kartę! – i mężczyzna ciska na stół niezadrukowany, wyjąwszy chipowe oko, plastik do otwierania drzwi. – To jest moja karta … do sto czterdzieści …
- Mamo, a co się stało temu panu?
- Niemożliwe, ja mam 149. – zaśmiewa się ładna.
Stolik brunetki obrasta kolejnymi pracownikami Bitumicznej Ekstazy.
- Mamo, - Nowy Człowiek energicznie tarmosi mój rękaw. – CO SIĘ STAŁO TEMU PANU?
Pan, buraczkowy na twarzy, w samym tylko podkoszulku, brudnawym albo beżowym ewentualnie rzetelnie przebarwionym w praniu, ten pan tak wymachuje rękami, jakby zaraz planował nimi zanurkować pod sweterek pani. Nie zważając na liczne towarzystwo pracowników i handlowych reprezentantów ani na zawodową hierarchię.
Ten pan jest dzisiaj na koloniach i chce wyrwać tę panią.
- Ja państwa najmocniej przepraszam. – kelnerka wróciła z naręczem tac, z zestawem dzbanuszków i dzbanków, filiżanek, łyżeczek i podstawek. – Najmocniej przepraszam za to …
Kelnerka dobitnie przewraca oczami.
Aaa ta-da-da-da-DAAA!!!
- Silny, nie strzelaj do pani!
Silny, też na koloniach, rozpasany, upadły i zero manier – celuje do kelnerki z imaginacyjnego oręża, dźwięk wystrzałów imituje natomiast realnie.
- MAMO, KIEDY BĘDZIE MOJE DANIE? – Erna przewiesiła się przez siedzisko krzesła i zwisa, wymachując nogami.
O-ho-ho, stopy w tych czarnych rajtuzach ma całkiem przetarte. Ciekawe, ciekawe.
… więc Erna macha z nudów albo z dekadencji, albo skutkiem złego jedzenia (stężone izomery trans i cukier biały) oraz nadmiaru czasu.
- MAM STO CZTERDZIEŚCI DZIEWIĘĆ!!! – buzuje właściciel buraczkowej twarzy.
- O-ja-pier-
do
le.
Chichoce nasza sąsiadka i popija czkawkę drinkiem sex on the beach.






Ferie z młodzieżą spędziliśmy w odległym, posezonowym zakątku kraju.













by zimno | 2012-02-23 23:00:18 | skomentuj! (0)
2.044


Na fali skojarzeń wszystkiego z jednym i kobiecej opowieści, która daje siłę nieuchronnie zmierzam w stronę godnego podziwu coming outu Danuty Wałęsy i – chociaż to nie moja działka – recenzji.

Tak, wyznanie Danuty Wałęsy mnie zachwyca. Tak, unieważniam wszystko, co do tej pory mówiłam/jątrzyłam o pani D.W.. Tak, ta kobieta zrobiła rzecz ważną i wielką.



„Marzenia i tajemnice” połknęłam z łapczywością, mlaszcząc z każdą kolejną stroną donośniej i głośniej, wręcz z zachwytu siorbiąc litery. Książka bije rekordy sprzedaży, a że się plasuje w rankingach gdzieś między Cukiernią pod Amorem a Paulo Coelho, to odnoszę wrażenie, że sama ewentualność wzięcia jej do ręki, nie wspominając o lekturze wydaje się niektórym obciachowa. Niesłusznie. Bo warto, warto wręcz z przytupem, warto ze wszystkich tych względów, dla których warto się otworzyć na kobiece wyznania i na herstory. Herstory Danuty jest tym mocniejsza, że rewers wersji kobiecej, wersja Lecha jest taka spektakularna, mężczyzna z tej opowieści ma utrwalone miejsce w historii, nagrodę Nobla i już jest ikoną tego i owego, niczego mu nie ujmując i nie pomniejszając zasług.

Któryś z recenzentów napisał, że Danuta popełniła pięciuset stronnicowy list do męża. Owszem, ale ten list ma niewątpliwy walor uniwersalności. Danuta, postrzegana do tej pory jako żonamęża, postać z drugiego planu, konieczna, ale przezroczysta, tło nieledwie wychodzi oto z kuchni, z zaplecza, zza kulis do pierwszego rzędu. Dotychczasowa statystka ma w zanadrzu wielką improwizację, drugi plan – a to wstrząs! - mówi i myśli. Co więcej, okazuje się, że drugoplanowa Danuta myślała i miała refleksję przez cały ten czas, kiedy się zlewała z tłem. Nie wiadomo tylko, dlaczego dotąd milczała. Być może przez to, że jeszcze do przedwczoraj miała nadzieję, że mąż się domyśli.

Mąż się jednak nie domyślił, bo go wychowano do patriarchatu, a to jednostronnie wygodny układ damsko-męski.



Danuta jawi mi się ponad wszystko jako kobieta ze swojego pokolenia. Jest z generacji kobiet, które prowadziły dom i wychowywały dzieci w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Opowieść Danuty jest – owszem - fabularnie ciekawa i niezwykła, bo Danuta a to się spotyka z papieżem, a to gotuje z koleżankami obiad dla amerykańskiego prezydenta (rozczula mnie prostolinijność tych opisów i niepodważalny brak zadęcia), ale po odsączeniu fabularnych osobliwości - list statystycznej PaniKrysi do statystycznego PanaZbyszka byłby o to uboższy, bez wątpienia - pozostaje istotny manifest.

Danuta, w przeciwieństwie do swoich ziomalek z kolejki po mięso/po dywan/po relaksy dla całej rodziny nie wciska kitu, że ja to dopiero miałam ciężko, nie wiem, na co ty narzekasz. Znacie to? Te kąśliwe riposty matek, ciotek, teściowych w rodzaju za moich czasów nie było pampesów, codziennie prałam i suszyłam tetrę, niejęczmitu. Każda potencjalna skarga na niewygody bycia żoną-matką-pracownicą jest ucinana repliką, że za moich czasów nie było tego ani tamtego, na półkach w sklepie stał ocet, a dałam radę.
Dałam radę więc i ty dasz.

Cicho bądź.

Tymczasem nie idzie tu przecież wyłącznie o techniczne aspekty przewinięcia niemowlęcia albo o ilość i jakość składników do przygotowanie posiłku. Głównie, zdaje się, chodzi o percepcję. O postrzeganie siebie i swojej własnej harmonii/historii w kontekście rodziny i szerzej, o świadomość siebie, ale i o postrzeganie kobiet/matek jako istot społecznych.

No i o tak zwane docenienie. A raczej o nadanie wartości niezbędnej, choć zupełnie nie spektakularnej krzątaninie.

W zderzeniu postulatów naszego pokolenia z refleksją pokolenia matek rzadko dochodzi do porozumienia. Rówieśniczki Danuty z lubością chciałyby (nie mają wyjścia, żeby nie zaprzeczyć swojemu życiu?) powielać na nas schemat podporządkowania się i milczenia.

Danuta tymczasem mówi, że to nie było właściwe.
Przeprowadzono mnie z mieszkania do mieszkania z garnkiem nieugotowanej zupy, jakby mnie tam nie było. Nikt mnie nie brał pod uwagę, ani tego, co czuję/myślę.
To ważny fragment w książce. Danuta spostrzega, że była jak ów nieszczęsny garnek z obiadem transportowany cudzymi rękami ze starego mieszkania do innego, rondel, który utkwił jej w pamięci, mimo upływu z górą trzydziestu lat. Była niezbędną dekoracją. Bez podmiotowości, ręce do pracy, mebel.

Jest też tragizm w tych kawałkach książki, kiedy Danuta nie ma nic do opisania, żadnych nobli, papieży ani prezydentów, tylko kolejne dni spędzone na codziennym zagonieniu. Każdy z tych dni był osobnym wysiłkiem, a po latach nie zostało nic z tamtej krzątaniny. I ona to widzi. Nie mydli czytelnika żadną pocieszną dykteryjką, umniejszającą przeszły trud. Więcej, ona dostrzega, że internowany Lech co prawda siedział w odosobnieniu i pod dozorem, ale „Miał jedzenie, spanie, dach nad głową, ciepło w pokoju.” („Marzenia i tajemnice”, s. 220), ona tymczasem zostawała sama z gromadą dzieci i pruła przez pół Polski po pół świniaka, nie zważając na stan wojenny.

Ciekawe jest też, że Danuta zauważa pewną paralelę. Lech (i inni) nie traktowali jej podmiotowo, mimo, że ona – no do licha! – była przecież więcej, niż meblem, a ona, cóż, dbała o dzieci i to najlepiej, jak potrafiła, ale ani z nimi nie rozmawiała o tym, co się dzieje z ojcem, z nią, ani niczego nie tłumaczyła. Ograniczała się do działań pielęgnacyjno-instruktażowych, wychodząc z założenia, że dzieci i tak nie zrozumieją. A przecież rozumieją. Teraz, mając wnuki widzi, jak wiele.

Zauważyć to i napisać – czy to nie rewolucyjne?



W „Przekroju” z 6 lutego o „Danuta FM, kobiecym głosie w twoim domu” rozmawiają Sylwia Chutnik, prof. Małgorzata Fuszara i Agnieszka Mrozik, wykładowczyni gender studies. I ja, z całą moją genderową świadomością się wstydzę, kiedy tam czytam, że Danuta Wałęsa jest najgorszym, co spotkało Polki, gorszym od Grocholi i Kalicińskiej, gdyż albowiem „odmierza kolejne lata chrzcinami. Aż chciałoby się zapytać, a gdzie te «momenty»”. No i się nie rozwiodła, a prawdopodobnie powinna była.

Otóż.
Jeżeli wywrotową proklamację sześćdziesięcioletniej kobiety oceniać przez pryzmat braku opisów seksu, to ja studiowałam na innej uczelni gender.

Danuta natomiast jest po prostu zen.
Przyjmuje swoje życie takim, jakie ono jest, ma w sobie przekonanie, prostolinijne i szczere, że jej życie jest do przeżycia przez nią, a nie do outsourcingu. To nie jest żaden topowy trend, żeby zatrudnić trzy opiekunki do dzieci, kucharkę, sprzątaczkę i ogrodnika, a samemu się zająć karierą. Jej kariera toczyła się w ścianach domu, ale nie to jest dla niej bolesne. Najbardziej ją uwiera, że Lech nie docenił.

Danuta jest oczywiście produktem patriarchatu, bo dla niej czołowe znaczenie ma to, żeby mąż obdarzył uznaniem to, co robiła.

Mam wrażenie, że nasze pokolenie idzie jednak krok dalej. To nie „mąż ma docenić”, ale żądamy nadania społecznej wartości temu, co robimy w domu i czego nie widać, a co jest konieczne.
Oraz okupione wysiłkiem.


I dlatego test Danuty Wałęsy przeprowadzam na wszystkich, których podejrzewam o literaturę piękną. I staram się, jak mogę, żeby Wydawnictwu Literackiemu napędzać sprzedaż ;)









by zimno | 2012-02-21 16:24:41 | skomentuj! (5)
2.043


W środowej „Polityce” Piotr Stasiak pisze o „Plemionach sieci”. Jest kawałek o hejterach, bezlitośnie tropiących każdą zmarszczkę tej czy tamtej gwiazdki na pudelku. Jest o Demotywatorach i Wikipedystach, o graczach w Warcraft, o geekach i nerdach. W kilku liniach Stasiak napomyka o start-upowcach („Przyszli milionerzy. Przynajmniej w marzeniach.”) i młodych matkach. „Młode matki, oderwane od tradycyjnego modelu wielopokoleniowej rodziny, w którym siostry, matki i babki dostarczały niezbędnego wsparcia i wiedzy, znalazły je na forach internetowych”. Pomijam cokolwiek pobieżną analizę społeczności matek (po erze stycznióweczek i marcóweczek - która jest bez winy i nigdy nie łypała na adekwatne ciążowe forum na portalu gazety, niech pierwsza rzuci fotą ciężarnego profilu – więc oprócz ciąży i połogu, jest przecież i dalsze macierzyńskie życie).
Lubię natomiast trafność diagnozy.
Nie mam cienia wątpliwości, że internet kompensuje brak realnych, oświeconych i otwartych na dzielenie się doświadczeniem kobiet w zasięgu ręki. Bez wątpienia jest miejscem ucieczki dla młodych matek zamkniętych
tête-à-tête z niemowlęciem w mieszkaniu na czterdziestoletni kredyt. W internet można wskoczyć między zmianą pieluchy a karmieniem. I ekspresowo wyskoczyć do odcedzania przecieru z eko-marchwi. Bez wyrzutów sumienia.
Zaczynam mieć też niejasne wrażenie, że świadomość wspólnoty doświadczeń buduje siłę.
Wspólnota się dzieje co prawda online, więc w pewnym sensie i poniekąd na niby, ale i w jedności czasu i miejsca. W wirtualnej gminie.
Sama się sobie dziwię, że będąc bezsprzecznie analogową i dwudziestowieczną, piszę o sieciowym macierzyństwie niczym skończenie digital native. Cóż, moje macierzyństwo jest cyfrowe i to od przed-poczęcia.


Tak, nie spacyfikowałam jeszcze w sobie bulgotu z promocji [ANTY]macierzyństwa.


Był taki moment w SPOT-cie, mało znaczący dla głównych nurtów debaty, kiedy jedna z dyskutantek zarzuciła mi, że intencjonalnie podkreślam, że czytam, żeby dać do zrozumienia, że nie jestem wykluczona i poza głównym nurtem.
Ależ mam świadomość wykluczenia, rzekłam (czytaniem natomiast niczego nie podkreślam, po prostu regularnie zapoznaję się z tym czy z innym tekstem).
Tak, jestem wykluczona, bo macierzyństwo wyklucza z cosobotnich imprez. Ale kompulsywnie realizowana praca zawodowa też wyklucza z tego i z owego. Choroba również wyklucza i tak dalej. Marginalizujemy się we własnych światach, bo nie ma jednego mainstreamu.


Zachwycające mnie [ANTY]macierzyńskie larum natomiast to z jednej strony postulat własnej drogi dla każdej. Przebąkiwałam już tu o tym.
Z drugiej strony natomiast chciałabym w tym widzieć żądanie nadania wartości kobiecym przeżyciom. U Stasiaka kwietniówki uprawiają na forach błahe pitu-pitu o kolkach i alergiach.

Mam wrażenie, że nasza gadanina idzie jednak głębiej.









***


Chuda z „Macierzyństwem bez lukru” dały radę! Czytam właśnie o ich wyróżnieniu w blogoturnieju.
Gratulacje, Dziewczyny!



by zimno | 2012-02-17 23:35:37 | skomentuj! (1)
2.042


Z promocją [ANTY]macierzyństwa (brzmi grubo!) było tak.
W lodowaty wtorkowy wieczór usiadłyśmy w trójkę na twardej – za to designerskiej - kanapie: zuzanka.blogitko, Agnieszka Szczepanek i ja. Po lewej i po prawej stronie Justyna Zimna i Michał Larek, na widowni Pierwsza. Pierwsza wyglądała jak masłoska, a później napisała u siebie promocję frazą adekwatną do stylizacji, niniejszym szacun.

Zaczęliśmy od tego, że dlaczego właściwie [ANTY].
Mówiłam już gdzieś kiedyś, że mam osobistą słabość do Matki Polki, tej wielkimi literami. Nie chcę się wdawać w czcze słowne przepychanki, ale jeżeli ktoś uważa, że Matka Polka, ta w aurze etosu już nie straszy, to polecam refleksję nad historią Madzi z Sosnowca ze szczególnym uwzględnieniem społecznego linczu na jej matce. Z rodzinnej tragedii stał się groteskowy spektakl i to nie tylko za sprawą TVN. Jak rozumiem, autorzy ckliwych, zafoliowanych poematów i ci, którzy wieszają na gałęziach pluszaki są najczulszymi rodzicami dla swoich maleństw, że codziennie szykują im pożywne śniadanka i nigdy nie przywołują dzieci do porządku uderzeniem kapcia.
Dobre matki znoszą w chaszcze maskotki, złe matki do gazu.

W ogóle, niepokoi mnie związek frazeologiczny „zła matka”/”wyrodna matka”. On jest na czubku języka, gotowy do użycia, to jest kalka językowa instant, że ta matka jest dobra, a tamta matka jest zła, selekcja wydaje się oczywista, zaś kryteria klasyfikacji - łatwe.
Wyrodny ojciec? W odległych kolokacjach.

Wyrodny ojciec - około 128.000 wyszukań googla w 0.25 s.
Zła matka - około 2.440.000 wyników w 0.28 s.
Voilà, Wujek Google i jego racje.




… więc dlatego [ANTY], że to się po prostu czuje, że ciężar bycia Dobrą Matką jest absurdalny, że tego się nie da zrobić bez szkód na osobie matki. Ergo – powiedzmy to na głos, że mnie, ciebie i tamtą panią przekracza udawanie, że macierzyństwo jest głównie cacy.
Ono jest TAKŻE cacy, taka enuncjacja raczej nie mija się z prawdą w większości wypadków.
Statystycznie w większości wypadków potrafimy czerpać z macierzyństwa przyjemność, radość i inspirację.
W pakiecie dostając znużenie, zmęczenie, krańcowe opadnięcie z sił tudzież irytację.

I tu wkraczamy niestety na grunt przeżyć własnych, ekshibicjonistycznych wyznań, które na poziomie opisów i deklaracji są nieznośną, jednostkową prywatą. I każda dyskutantka ma swoją rację. I ma w tym rację, bo to nie jest spór o uniwersalia, ani nie o prawdy czy wartości, ani nie o metodologię, to nie jest żaden dyskurs, z którego – choćby potencjalnie – mogłyby płynąć konstruktywne wnioski co do tego, droga redakcjo, jak żyć.

W istocie, dyskusja o alter-macierzyństwie nie jest rozstrzyganiem sporu pierś czy butelka, chusta czy wózek, detergent czy orzech, Sapindus mukorossi.
I żadna Ja! Ja! Ja! nie ma uniwersalnej racji.


Esencją [ANTY]macierzyństwa wydaje się forsowanie prawa do wolności własnej drogi, do indywidualnych przeżyć wobec swojego stawania się matką i że uczucia do dziecka nie zawsze muszą być zawsze pokryte pozłotką. Albo – przeciwnie - krwią, trudem i łzami.
Helou, oto jestem sobą, a nie jakąś obeliskową Matką, wykutą z nierealnych oczekiwań przez Ojczyznę i Naród.

Za takim [ANTY]macierzyństwem głosuję wszystkimi kończynami.








by zimno | 2012-02-14 23:44:52 | skomentuj! (1)
2.041


- Mama, a jak się pisze seks?
- S – e – k – s.
– przeliterowałam.
- A nie przez x? – Nowego Człowieka niespodzianie zaintrygowała ortografia.
- Przez x to w angielskim.
- A.

Prujemy z przytupem przez kolejne levele w grze w robienie człowieka, w robienie trójki ludzi nawet, a że jest ciągle inaczej, dalej orientuję się literując s – e – k – s.
Bo na co dzień po prostu robię pranie.



I tak właśnie.
Abstrahując od kilku parametrów obiektywnych typu, że z rokiem dwanaście zaniknął mi ośrodek odpowiedzialny za składanie zdań, myśl, że używam tutaj głosu (alias edytora) tylko w celu, żeby dobyć z siebie macierzyńskie pitu-pitu stała mi się przejściowo wstrętną. Taką wręcz blaaa.

Ale dlaczego, ale jak to.

Oddajmy głos Mamie Muminka, kolejną lekturę dla klasy drugiej męczymy ostatnio co wieczór na głos.
Mama Muminka zilustruje zagadnienie niewielkim performance’m.

„- Ląd przed nami! - krzyknął Muminek.
Wszyscy wychylili się przez burtę, żeby popatrzeć.
- Tam jest piaszczysty brzeg! - zawołała Panna Migotka ucieszona.
- I piękny port! - dodał Tatuś Muminka sterując zręcznie między skałami, by dobić do brzegu. „Przygoda” miękko wsunęła się na piasek. Muminek chwycił linę i wyskoczył na ląd.
Wkrótce na brzegu wyspy aż kipiało od gorączkowej pracy. Mama Muminka naznosiła kamieni i nazbierała chrustu, by odgrzać naleśniki, a potem rozłożyła na piasku obrus, który na każdym rogu przycisnęła kamyczkiem, żeby go wiatr nie zdmuchnął. Poustawiała na nim rzędem wszystkie filiżanki i włożyła maselniczkę do dołka, który wykopała w mokrym piasku w cieniu dużego kamienia, a w końcu postawiła bukiet lilii wodnych na środku nakrytego stołu.
- Czy możemy ci w czymś pomóc? - spytał Muminek, gdy wszystko już było gotowe.
- Zbadajcie wyspę - powiedziała Mama Muminka (która wiedziała, że jest to coś, czego bardzo pragną). - To ważna rzecz wiedzieć, gdzieśmy wylądowali. Może tu jest niebezpiecznie, prawda?

- Właśnie to samo sobie myślałem - powiedział Muminek, po czym natychmiast podążył z Panną Migotką i Ryjkiem wzdłuż południowego brzegu wyspy, gdy tymczasem Włóczykij, który najbardziej lubił sam odkrywać różne rzeczy, powędrował brzegiem północnym.”

[Tove Jansson, W dolinie Muminków, Wyd. Nasza Księgarnia, 2006]





Nieźle się zakrzątnęła mimo torebusi na łokciu, prawda?
Naznosiła, nazbierała i jeszcze obrusik przytrzasnęła kamyczkiem, żeby jej go nie zwiało.
- Mamo, mamo, a pomóc ci w czymś? – ujmuje mnie synalek, który się zrywa do pomagania rodzicielce, kiedy naleśnik już jest odgrzany, a na stole z piasku stoją talerzyki, filiżanki i kwiaty (te ostatnie wyszarpane, jak rozumiem, z dna akwenu krzepką ręką Mamy).
Aż się chce Mamusi dać kuksańca, że dlaczego taka samowystarczalna, urobiona po pachy idiotka jedna, niewyemancypowana.


Szkoda tylko, że Idiotka Jedna i jej krzątanina się tak żenująco dokładnie mieszczą w przeciętnych realiach.

Od czasu ostatniej notki wstawiłam dużo prań.
Posmarowałam czekoladą wiele kanapek. Na krągłe dziecięce nóżki naciągnęłam sporo rajstop.
Po tym, co zrobiłam nie ma śladu.
Bielizna po wielokroć była brudna w międzyczasie.
Kolejne połówki bochenków dokupuję co dnia.
Bose dziecięce stopy uprawiają promienne staccato na płytkach podłogowych i co rano tak samo marzną.

Mama Muminka i jej akolitki - w tym ja - realizują misję nietrwałość. Misję byt. To nie jest twórcze zadanie. A jeżeli twórcze, to co najwyżej w jakimś górnolotnym, przenośnym i odległym sensie, że uwaga! uwaga! tu się robi ludzi uporczywym, codziennym krzątaniem.





Tydzień temu próbowałam się zakrzątnąć intelektualnie na spotkaniu promocyjnym „Czasu Kultury” nr 4/2011 (którego nakład był już wtedy szczęśliwym zbiegiem okoliczności cudownie wyczerpany, teraz się wznawia).
Padło wiele ważnych zdań, dużo fantastycznego pla-pla, przedefiniujmy macierzyństwo, matka też człowiek i tak dalej. Ale.
Ale nie opuszcza mnie myśl, że jest w tej gadaninie jakaś nieadekwatność. I im częściej generuję myśli na głos w charakterze żywej egzemplifikacji pojęcia „matka”, tym bardziej narasta we mnie bunt, poczucie, że w paplaniu o sobie (chociaż staram się minimalnie) jest coś nieobyczajnego. Że tak nie robi człowiek kulturalny. Mówienie do publiczności o własnym, jednostkowym doświadczeniu określa rzeczownik ekshibicjonizm i niech czytelnicy „Faktu” nie starają się mnie przekonać, że być może nie bardzo.
 
Kłopot w tym, że o macierzyństwie nie można inaczej, jak językiem prywatnym.

I z tego dramatycznego rozdarcia zamilkłam tu, Mili Państwo.

Oraz z ciągot do eksploatowania się w tych obszarach, w których nikomu nie obcieram smarków.








by zimno | 2012-02-14 00:38:24 | skomentuj! (3)
2.040


W kąciku megalomana serwuję dziś najnowszy, czwarty/2011 numer „Czasu Kultury”.
Leży świeży i pachnący farbą drukarską na moim stole, mniam.


Na łamach – cytuję – „O macierzyństwo nasi autorzy zapytali także pisarkę Sylwię Chutnik i blogerkę” [znaną pod nickiem zimno]. Moich wynurzeń wysłuchali i zacnie je spisali Justyna Zimna i Michał Larek. Dziękuję! To było duże i ważne doświadczenie intelektualne na pewnym poznańskim podwórcu przy kawie i herbacie ;)





… a kilka stron dalej ta sama Justyna Z. sprokurowała smakowitą recenzję mojego prozatorskiego kawałka [bo w rzeczonym „Czasie Kultury” jest i mój coming out]. Sama nie wierzę, że umiałam sklecić owych parę zdań opowiadania w sposób, w jaki ona o nich napisała.

I tą zaskakującą konstatacją kończę popisy samochwały i lecę wieszać pranie ;))))





… tzn. nie, moment.
Antymacierzyński „Czas Kultury” mam – nie tylko z pobudek sentymentalnych - za mocno istotny głos w pisaniu po polsku o byciu matką. Tezy postawione przez redakcję i rozwinięte w tekstach są ważkie - żadnych pobłażliwych uśmieszków - i definiują fundamentalne punkty zapalne. Społeczne oczekiwania. Akceptowalne wzorce zachowania. Ambicje i braki w ambicjach matek. Łączenie macierzyństwa z pracą. Ale, co równie istotne, pismo wydobywa na powierzchnię drukowaną i do analogowego świata wypowiedzi utrwalonych na papierze sieciową aktywność matek.

Zuzanka.blogitko.pl ze swadą felietonuje o macierzyństwie w internecie. Justyna Zimna lokalizuje złowrogo łypiącą zza węgła Wielką Matkę. Do numeru dołączono zredagowaną przez Chudą antologię tekstów matek-blogerek „Macierzyństwo bez lukru”. Osobliwie mnie urzekają zdjęcia z projektu Matko Polko (jak to się stało, że wcześniej tego nie widziałam?).
Powłóczysta Matka Polka karmi piersią, wkręca żarówkę, szoruje klozet, wreszcie – kusi krzepką łydką męską pęcinę (nagą).
Brawa dla tej matki.




… i w tym miejscu tekstu wchodzi do kuchni Ojciec Dzieciom, poprzednio znany jako Daw …
- Matka, - mówi z wyrzutem. – matka, matka, tylko matka! Śmierć matki, wysiłek matki, z kim masz te dzieci, czy ty myślisz, - gorzko przemawia Ojciec Dzieciom, poprzednio znany jako Daw … - że dla mnie ojcostwo jest łatwe?
Ojciec Dzieciom, poprzednio znany jako Daw … z uwagą przeczytał wywiad z blogerką znaną jako zimno, a teraz pyta z rozgoryczeniem:
- Czy ty pamiętasz, matko-matko-matko, kiedy ja ostatni raz byłem z kumplami na piwie?
- Nie pijesz piwa …
- dukam bez przekonania.
Zdaje się, że wspominam w wywiadzie o konieczności społecznego przedefiniowania rodzicielstwa w ogólności, na miarę lat dziesiątych XXI wieku. Acz prawdą jest, że z przepytującymi mnie rozwijamy twórczo w „Czasie Kultury” wyłącznie motyw matek.
- Na colę bym poszedł z kumplami … – wzdycha z filuternym uśmieszkiem Ojciec Dzieciom, poprzednio znany jako Daw …
… co nas wprawia w radosny, ba - frenetyczny nastrój ;)

Dobra. Biegnę wieszać pranie.







by zimno | 2012-01-09 22:46:48 | skomentuj! (9)
2.039


A Wam? Jak się zaczął Nowy Rok?
Obietnice przytycia? Schudnięcia? Gruntowne cięcia w osobistym budżecie? A może rozległe plany wakacyjne?
Joga? Jogging od dzisiaj? Od jutra? Od kolejnego weekendu?
Nowa praca? Nowy narzeczony? Nowe dziecko?
Hm?



--------------------------------------------------------------

Nowy Człowiek stanął prościusieńki u stóp dużego łóżka.
Śródnocny wampir, odruchowo sprawdziłam godzinę na wyświetlaczu budzika. Druga coś tam/coś tam.
- Wracaj do siebie. – wydukałam nieskładnie i spróbowałam szybkiego powrotnego skoku w sen.
Zamknęłam oczy, a kiedy je po chwili otworzyłam [wiedziona jakimś instynktem czy czymś tam/czymś tam], Nowy Człowiek siedział prościusieńki na materacu koło mnie.
- Wracaj … - powtórzyłam cicho.
- Bueee … – wymownie wyartykułował Nowy Człowiek.
Zabulgotało.
Kilka hałaśliwych zakrztuszeń i – każdy rodzic zna c.d.n.
[Natręctwo w tle wszystkich pozostałych myśli, w którym nieprzerwany nocny sen jawi się niczym nieosiągalna idylla].
- To nie moja wina … - smutno wybąkał Nowy Człowiek, bezradnie się przyglądając zawartości dłoni.
Wiadomo.
Nie ma to jak z przytupem, z wirusem wejść w drugiego stycznia.

--------------------------------------------------------------


A ja?
Nie, nigdy nie składam sobie noworocznych obietnic.
Nie składam, więc nie łamię.
Hulaj dusza, przysiąg nie ma.



--------------------------------------------------------------

Sylwestra spędziliśmy w licznym gronie juniorów, seniorów oraz obywateli w wieku średnim. Każdy na własną miarę się zachwycał unikatową atmosferą Wieczoru Petard.
- Tszelają, jak kuszarze! – wzdychał w głębokim uniesieniu Rycerz Silny, przylepiając nos do lekko przetłuszczonej szyby z szerokim widokiem na rozświetloną ulicę.

Bo Silny lubi wyartykułować jędrny komunikat. Nadrabia te wszystkie miesiące, kiedy zbijał komendy z westchnięć, monosylab, y-y-y i przerw.
- Laczego babcia swojego nie idzie bobomku? – zapytał któregoś międzyświątecznego dnia.
- Dlatego, że teraz jest tu. – rzekłam. – Gościem w naszym domu.

Bo Silnego pasjonują zdrobioneczka. Kolekcjonuje je sobie, przyrządza w maleńkim gardełku, smakowite.
Im bardziej się staram mówić grubym tekstem, tym Silny jest językowo rozkoszniejszy.
- Laczego choineczka tutaj świeci się? – zaintrygowała go nagła iluminacja przed hacjendą. – A my tu jesteśmy? Bo bomku?
Pociekło ulepkiem.
- Dawaj do wycałowania tę słodką buzieńkę! – zaproponowałam w tych okolicznościach Silnemu, z werwą.
- Nie mam buśki! – zaperzył się Silny. – Mam tylko tfasz.
E.

--------------------------------------------------------------


„Przekrój” życzył dzisiaj swoim czytelnikom przetrwania - z okazji 2012.
Ewentualne ryzyko nie przetrwania nęka już nawet Nowego Człowieka, stosownie pouczonego w kwestii przepowiedni przez kolegów.
Drodzy, lekceważmy przepowiednie.
Tego Wam życzę na 2012, z całego serca.
Lekkiej, nie zsiadłej przez okrągły rok myśli.


--------------------------------------------------------------

- Mamo, - Erna oderwała się od produkcji kolejnego arcydzieła. Zamarła w pół ruchu na kartką, z kredką w powietrzu. – a ty kiedyś zjobiłaś tak, że ogójki na oczy i hop do błota?
No. Ten. Tego.
Odświeżająca wizja spa z wywijasami jest mi drogą po świętach, nie ukrywam. Wyłącznie wizja.



Więc na koniec życzę Wam, tym, którym to potrzebne, stert orzeźwiających ogórków na oczy. W cienkich plasterkach.
I celnych skoków w błogie grzęzawiska.







by zimno | 2012-01-02 23:38:30 | skomentuj! (7)
2.038


Jestem pod absolutnym urokiem świątecznego wypracowania koleżanki z sąsiedniej ławki.
Bo ja też. Ja też! Nie ubrałam jeszcze choinki, a pierogi z kapustą i zupę grzybową zamówiłam w restauracji.
Zasadniczo czuję akurat ból karku, a nie wzniośle obrzędowy nastrój.
Pryzmy papierów, które obiecałam sobie posortować przed świętami piętrzą się to tu, to tam.
Oraz nieposegregowane pranie.

-------------------------------------------

Był taki moment [musiałam być wtedy jakaś mała], kiedy mnie dręczył syndrom, że można mieć - chociaż ja nie potrafię - klimat świąt, jak z połyskliwych sesji w Vivie albo w Gali. Na stole świeczki, które płoną, ale się nie wypalają. Wszystkie podarki w lśniących opakowaniach, z kokardami. Bombki zsynchronizowane w barwie z kreacją uśmiechniętej Pani Domu i jej wygiętych w kolędowym pas dziatek. Oraz z krawatem Pana.
O buacha cha cha.


Duża część naszych bombek się potłukła, kiedy choinka wykręciła kankana za sprawą miniaturowego Nowego Człowieka, w wersji bodaj 2.lata. Kierując się rozsądkiem [i Erną na wewnętrznym stanie] nie uzupełniliśmy zapasu.
Idealnie ubrane w Wigilię dzieci z punktu, jak wiadomo, oblewają się barszczem [którego zresztą nie jedzą, bo wolałyby kurczaka z frytkami]. Nastroju uroczystego pojednania dopełnia zwykle niewinna sprzeczka o cokolwiek, o ość w rybie, albo o generalny polityczny ogląd sytuacji północnokoreańskiej.
Poza tym – jest przecież jak zwykle. Czyli fajnie.

Kluczem nastroju jest jak zwykle. Jak zwykle kapusta z grzybami, po kolacji jak zwykle ciężko fałszujące kolędowanie. Cudowne. Raz w roku. Uwielbiam. Tak, tak i zdecydowanie.

Uwielbiam bezwarunkowo i nieodwołalnie, bo już nie liczę na świąteczne oświecenie, na nagłą i gwałtowną epifanię, że się stanie, jak w christmasowym filmie klasy D, w którym rozedrgani przez półtorej godziny fabuły bohaterowie chwytają się za ręce w bożonarodzeniowym finale, a na ich twarze schodzi łaska i zadbany ortodontycznie uśmiech, śnieżnobiały.


-------------------------------------------


Któregoś dnia, jeszcze w listopadzie, przemykałam przez galerię handlową ścigana zapętlonym Last Christmas z każdej sklepowej kanciapy. Nie niósł mnie żaden bożonarodzeniowy nastrój, mimo migoczących ozdób, hoł, hoł, hoł i girlandy. Niosło mnie uporczywe zdążyć/załatwić, a w tle irytacja - „dajcie sobie siana ze świętami w listopadzie”. Fuj, precz i apage.
Siano, sianko ze stajni, nie kręci mnie epatowanie w listopadzie świąteczną scenografią. Nad świętowaniem zastanowię się w Święta, a nie na miesiąc zanim.


Problem w tym, że nawet miesiąc przed Świętami dekoracja z bombką i Mikołajem uruchamia jakiś dziecinny atawizm, obraz, jak z „Dziadka do orzechów” – ikonę, wielką, połyskującą choinkę za zamkniętymi drzwiami, które w punkcie kulminacyjnym Wigilii się otwierają. Pod drzewkiem piętrzą się pryzmy wyczekiwanych prezentów. Szeleści taftowa kreacja i wstążki w warkoczach, uwiera kołnierzyk z nadmiarem krochmalu. Tak, to jest atawizm.


Tymczasem czas w nas zdaje się pogrzebał dziecięcy zachwyt.
Duchowość kuleje albo przeszła w nawyk. Zresztą, bez zwykłej wiary w Gwiazdora (alias Mikołaja) Święta nie mogą być takie same.
Fenomenalnie bożonarodzeniowy nastrój nie ma szans wobec korków, zaległych zleceń i zawalonych terminów przed Świętami.

Pustka zamiast nastroju wydaje się głęboka, jak Rów Mariański.



Optuję za wersją minimum.
Za trzema kwadransami rodzinnego pojednania nad karpiem.
Świece na stole co prawda się wypalą, ale dopóki płoną, migoczą całkiem ładnie. Kiecka nie pasuje do bombek, bo kto by dbał o taką synchronizację. Epifanie są na twarzach nielatów.
Młodociani bez obciążeń wypatrują pierwszej gwiazdy.

Zdaje się też, że potrafią bezinteresownie zarazić entuzjazmem.




Czego szczerze Wam życzę na Święta, Drodzy Czytacze – chociaż chwili euforii, choćby przelotnego popadnięcia w zachwyt.







by zimno | 2011-12-22 23:02:04 | skomentuj! (3)
2.037


Droga Redakcjo,
Z opóźnieniem donoszę, że Erna straciła pierwszy ząb, lewą dolną jedynkę w imieniny Babci.
Już dwa tygodnie mijają.


----------------------------------------------------------------------

- Nie wytrzymam! – jęknęła Ania, Która-Wcale-Nie-Jest-Anią (a Panią E., Opiekunką Silnego). – Więcej tego nie wytrzymam! – powiedziała pierwszy raz, odkąd się znamy. - Nie zniosę! – powtórzyła z rozpaczą.

[Ania jest Anią, bo tak wymyślił Silny w czasach, kiedy nie umiał mówić.
„Ania” pochodzi być może od pAni, ewentualnie po prostu od Ani, jeden Silny to wie.
Ania nigdy się nie skarży, nigdy nie zawiodła, jest najczulszą możliwą strażniczką Silnego, mogłabym dowolnie długi panegiryk na cześć Ani.
Silny zresztą także. Szeroko znana jest mantra Silnego:
- Ooo, Ania! Ania! Ania!
Tym razem jednak Ania nie wytrzymała.
- Nigdy więcej! – zaapelowała.]

Poszło o płytę z filmem o upiornej myszy noszącej ludzki alias.

W hacjendzie panuje ostatnio klimat, jak z Popiela, mechaniczne gryzonie pomykają wzdłuż szaf, te o wymiarach ludzkiego dziecka grają w spektaklach, nic dziwnego, że Silny się uparł przy telewizyjnym hicie o myszy Stefanie. Produkcja jest dość kontrowersyjna artystycznie i raczej słabo zdubbingowana, więc średnio po pierwszym kwadransie odsłuchu przeciętny, niegłuchy dorosły odpada. Silny natomiast korzystając z wietrznej pogody i kataru zadał sobie Stefana i raz i drugi i kolejny, wreszcie odmówił dobrowolnego oddalania się na spacer, upierając się przy śledzeniu przygód Stefana.
- Nie wytrzymam! – jęknęła po kilku dniach Ania.
Płyta zginęła więc skutecznie i nagle.
Próżno w naszym domu szukać odtąd Stefana.
A Silny bez oporów chadza z Anią na spacer.
Koniec bajki z morałem.



News o stanie szczęki Erny ma wbrew pozorom ścisły związek z motywem myszy Stefana ;))))








by zimno | 2011-12-20 22:40:52 | skomentuj! (1)
2.036


Byliśmy w Gauganku [uwaga, reklama!] …

--- tutaj Silny zajęty folią bąbelkową w czasie monodramu Mikołaja ---




 
… i Erna znalazła na saniach Świętego chomika z napędem na dwie baterie AA.
Ujęła gryzonia w dwie dłonie, delikatnie. Czule przywarła do zabawki wzruszoną twarzą. Powstała więź.
Szczuruś nazywa Ernę:
- MAMA!


Więc kiedy któregoś dnia Szczuruś odjechał w nieznane [za bezpośrednią przyczyną, jak się okaże w pod koniec notatki, starszego brata], Erna odeszła od zmysłów i postawiła nas wszystkich na baczność, nalegając na skrupulatne poszukiwania. Niefortunnym przypadkiem tego samego wieczoru musiałam wyjść na późną kolację, i to zanim nielaty oddaliły się spać.
- Dokąd idziesz? O któjej wjócisz? – dramatycznie pytała Erna, podwójnie rozdarta. – Dlaczego bez nas? MUSZĘ WIEDZIEĆ, O KTÓJEJ WJÓCISZ, MAMA!
- O dwudziestej trzeciej.
– rzekłam, chyłkiem umykając w stronę korytarza.
- ALE NIE MA TAKIEJ GODZINY! – rozpaczliwie załkała Erna. -  NIE MA TAKIEJ!!!
Kiedy wróciłam, trafiłam na Ojca Dzieciom snującego się po hacjendzie z ponurą twarzą.
- NIGDZIE GO NIE MA. – mruknął posępnie. – A obiecałem znaleźć.
Polowaliśmy na Szczurusia, bezskutecznie, o drugiej nad ranem.
O świcie starszy brat puścił parę.
Szczurofiesta! Cudownie odnaleziony Szczuruś śmigał po podłodze i metalicznie biadolił:
- MAMA!
Erna się zaraz treściwie ustosunkowała do zagadnienia macierzyństwa. Ona jest tylko opiekunką, wyklarowała, prawdziwa matka Szczurusia umarła …
- Ale on widzi jej ducha … - dodała z uśmiechem. - i duch mu podaje śniadanie.
Spójna intryga.
- Ale dzisiaj jadł ze mną, bo duch jego mamy, wiesz, poszedł na impje. – Erna uniosła oskarżycielski palec. - TAK, JAK TY!
Szczuruś gderliwie zaskamlał:
- MAMA!







by zimno | 2011-12-18 23:45:10 | skomentuj! (0)
2.035


Erna tłumaczy, że nie zjadła, niestety nie zjadła ostatniej kiełbasy i że ta została w tornistrze [dziewoi z krwi i kości wkładam śniadaniówki zwyczajną w krótkich, chudych kawałkach, bo gardzi jogurcikiem czy też jakąś kanapką].
Erna wyjaśnia, że miała spójny projekt, żeby się posilić wędliną tuż przed popołudniowym spektaklem.
- Tak, tak. – kiwam głową, słuszny plan.
Szkoda, że nie wypalił.
Ktoś przybiegł/przyszedł, objaśnia Erna, z kimś/gdzieś/jakoś-o wiele-za szybko i trzeba było gnać-biec-lecieć pędem-galopem na scenę.
Z pustym żołądkiem!
Z podkurkiem zaniechanym w torbie.
- Ale chyba głód to nie jest ważniejszy, niż udane przedstawienie? – Erna zawiesza głos.
Masz rację.
Udane przedstawienie było wtedy najważniejszą sprawą.





Erna-Lubię-Scenę-Bo-Z-Góji-Lepiej-Widać wskoczyła w czarne legginsy i się stała graną postacią.
Na czworakach się zaraz przyczaiła za niską ławką [uszy myszy w świeżo splecionych warkoczach zastrzygły z uwagą].
Przyciągnęła pięści do piersi, nerwowym, rozbieganym wzrokiem rzuciła to w lewo, to w prawo.
- Hej, kocie! – klepnęła Koleżankę-Kicię w plecy. – Tu jestem, goń mnie!
- Nie jestem takim kotem,
– leniwie odparła Kocica. - który jada myszy.
Erna wystrzeliła, jak z procy na szkolny korytarz, przed klasę.
- Mysza, wracaj do nory! – zawołały za nią jakieś dwie przechodzące nieopodal panny.
- Mama, a one powiedziały mysza, wjacaj do noji! – tryumfalnie zawołała Erna.
Zawołała mysz.
Wpadła mi uradowana w objęcia.
Nos, jak węgielek. Mimika gryzonia.



[Zauważam pewną istotną … diametralną, fundamentalną różnicę w podejściu średniej siostry i starszego brata w analogicznym wieku do zagadnienia obligatoryjnych przedświątecznych wygibasów.]




Tupu-tup po śniegu.
Dzyń, dzyń, dzyń na sankach.
- … Towarzyszy w djodze zimowa śpiewanka! – huknęła pełnym, czystym głosem w sceniczny mikrofon.
No łkałam, łkałam.












by zimno | 2011-12-17 23:52:58 | skomentuj! (2)
2.034


- Mamo, a co to jest gwałt?
– spytała Erna.
Głośno i wyraźnie.
Przewentylowałam. Siedzieliśmy nad talerzami parujących pierogów po świątecznym spektaklu Nowego Człowieka. Mieszałam w kubku herbaty.
- Brutalna napaść. – rzekłam.
Albo coś tam, coś tam. Rezydenci sąsiednich stolików z ciekawością zastrzygli uszami. Silny od niechcenia machnął pulchną łapką.
- To nic. – mlasnął kawałkiem mięsnego farszu i z fantazją zawinął w powietrzu widelcem.
- … indyk zsiniał, owca zbladła … - wyrecytowała Erna i wnikliwie rozejrzała się na boki, lokalizując słuchaczy. – GWAŁTU! Wjona sej nam zjadła!
- A co to jest rum? –
zainteresował się Nowy Człowiek. – Mama?
- Alkohol.
– odpowiedziałam. Przygodni kompani zza sąsiednich stolików natężyli uwagę. - Nieźle ci poszło na tym spektaklu. – posmyrgałam Nowego Człowieka po długich blond pasmach.
- Nie za bardzo. – westchnął Nowy Człowiek, wolno mieląc kęs dania. – Intonacja mi … wyszła … za szorstka …
O, gwiazdo scen lokalnych. Do dzisiejszego wieczoru występy sceniczne równały się nieludzkim gwałtom na nowoczłowieczych swobodach personalnych, a tu taka niespodzianka.
- … na to wjona na nich z góji … - Erna kontynuowała próbę generalną przed piątkowym występem własnej klasy. - … wam chodziło wszak o dziuji
- Nieczem! Ka-bum ja! – z fantazją zagaił Silny.
Nowy Człowiek w tym czasie zapytał o …


… jest jak w operze, jak w teatrze potrójnej animacji. Każde ciągnie swój monolog.
A pierożki pycha, mniam.


- … wpjawdzie sej zużyłam cały … cały … cały … - Ernie niespodzianie zawisł któryś parametr. – ZAPOMNIAŁAM!!! MAMA!!!
Kamraci zza sąsiadujących stołów z przerażenia zadygotali.
- … ale dziuji pozostały! – u ulgą dokończyła Erna.

Ech, cóż to były za przeżycia kulturalne.










by zimno | 2011-12-14 23:57:40 | skomentuj! (0)
































księga


poczt@
































stare teksty
2012
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec





.
konkurs

ABCD
chustka
crazy-house
dada
agA
airghe
cichosza
do-dziecka

EFGH
głodne duchy
gorcula
fiolka
gogenzola
grzybek

IJKL
jak-ciotka
june
kotkolot
lisa
lumpiata
joanna28
laska1

MNOP
pierwsza
mama-mia
mam-a--oskara
pierwszaklasa
monstermama
noidobrze
po prostu
pranie
matkamojegodziecka
matyldaa
pjotruska

RSTUV
tirana
sistermoon
skafander-i-hiena
raketenflugplatz
vilq

WXYZ
wierny
wawrzyniec
zojka
zupka












licznik strony