wewnątrz urodzinowej kartki Straszna Ciotka celnie mnie pochwaliła, że się w trzy lata uporałam z kwestią powołania kobiety do świadomego macierzyństwa.
w trzy i pół.
ale i tak miło.
o szóstej trzydzieści obudziła się Erna i sobie gawędziłyśmy do mniej więcej dziewiątej. o mniej więcej dziewiątej Erna zasnęła ale kiedy chwilę później włożyłam głowę pod prysznic, natychmiast gromko krzyknęła, że mam bez zwłoki przyjść.
więc przyszłam.
o dziesiątej obudził się Nowy Człowiek i na pytanie o dzisiejszy sen powiedział.
- tygysek. tygysek odpociwau. tygysek odpociwau na tawie i baił sie.
- a czym się bawił tygrysek, synu?
- piuką. gał w piukę. tygysek w piuke gał.

Nowy Człowiek z wielką pedanterią układa precyzyjnie smakowite zdanka. mniam.

między jedenastą a trzynastą zmierzyłam się z kwestią pozostania z przychówkiem do września. zostaję z nimi.

w ciągu całego dnia najwyżej doceniłam życzenia z użyciem związku frazeologicznego, że jestem cienka.

a na koniec dnia guma, która strzeliła zamiast fajerwerków.

***

nie sądzę, żeby mnie dopadł nagły kryzys tożsamości. nie uległam też nagłym uzależnieniom od statystyk na dole strony ani – na pewno nie bardziej niż zawsze – nie potrzebuję pogłaskania po jakiejkolwiek części.
tak sobie (próżność, próżność, próżność) obracam zgrabnym klapkiem na stopie rozmiar czterdzieści i zadaję, otóż zadaję sobie pytanie, skąd to tysiąc osób codziennie na zimnie, tysiąc dwieście albo tysiąc pięćset i dlaczego tysiąc dwieście minus trzydzieści czyta to regularnie i konsekwentnie milczy.