dobiegł mnie nieokreślony dźwięk z tylnego siedzenia.
lekko się odchyliłam [chociaż z powodzeniem mogłam wykonać nawet pełen obrót.
w godzinach popołudniowych i porannych to miasto stoi – w korku. szczególnie w okolicach weekendu.]
- a we któłą stłonę jes polska?
- tu w każdą stronę jest Polska
– objaśniłam. – i w prawo i w lewo jest Polska, w dół i w górę, wszędzie.
Nowy Człowiek łypnął przez przednią szybę.
- żółte uważaj mama zielone jedź wcale nie uważałaś na żółtym mamo dlaczego?
oskarżenie?
- uważałam, ale szybko – mówię.
- a gdzie jes polska kiedy wyjeżdżamy zwewe?
[dzisiaj, dla odmiany męczymy topografię a nie, jak zwykle, budowę człowieka w rodzaju na czym się trzyma oko mamo czy ono mi nie wyleci jak można wykłuć oko w czym jest tłucizna.]
- kiedy wyjeżdżamy z Vevey? – powtarzam. w ten sposób zyskuję trzy cenne sekundy na zastanowienie. – wtedy Polska jest na północny-wschód i przed siebie.
chwila milczenia. jaka rozkosz posłuchać przez moment plum, plum, plum, czegoś z oldskulowej, tandetnej, francuskiej klasyki – si-tu-t’appelles-mélancolie —
- dziwna spława – wolno mówi Nowy Człowiek, miał w końcu moment na konkluzje i przemyślenia. – na północ i przed siebie. a gdzie jest północ, mamo? za trzy godziny?