w którejś z niskowartościowych książek typu chick lit [pewnie w „Nie wiem, jak ona to robi”, ale nie dam głowy] główna bohaterka w środku nocy obsypuje supermarketowe babeczki cukrem-pudrem, żeby na szkolnym przyjęciu dwójki nieletnich wyglądały na domowe. główna bohaterka w tamtej książce goni w piętkę między pracą a dziećmi i kompletnie jej nie wychodzi łączenie idealnej mamusi z idealnym pracownikiem.
bo tego się za bogów nie da zrobić.

siłą rzeczy wraca mi ta scena, kiedy grubo po dwudziestej drugiej rozsmarowujemy
z Nowym Człowiekiem supermarketową polewę do ciast po świeżo upieczonym placku bananowym. placek jest z supermarketowych komponentów typu dodaj jajka i tłuszcz
a jutro są Jasełka w przedszkolu.
Nowy Człowiek natomiast, cóż, Nowy Człowiek nie śpi mimo dwudziestej drugiej, bo ma reisefieber przed jutrzejszym występem, chociaż jako alibi podał, że go przeraża wizja snu
à la Kubuś Puchatek – cwałujący słoń.
Ernę zresztą też musiałam przybijać gwoździem do poduszki.

wspominałam już, jak mnie irytują takie małe katarki, taki tylko trochę zatkany nos, od którego się nie przechodzi kontroli technicznej na śluzie w przedszkolu?
wspominałam, jak mnie pasjonują improwizacje, że w takim razie Erna ze mną do pracy, Nowy Człowiek do przedszkola a Metalowy Chłopiec musi być dzisiaj niewymagający, bo nie dość, że plikami z pracy, to się jeszcze muszę zająć zza biurka jego starszą siostrą.

a w ogóle, to nie mam żadnych przemyśleń na ten temat, ani żadnych konkluzji, ani żadnych wniosków racjonalizatorskich.