Metalowy Chłopiec to jeden z tych – mam ich tutaj całą serię w domu – którzy optymalną samodzielność w wieku popłodowym i niezależność od matki demonstrują na tylnym siedzeniu samochodu.
być może jest jakiś związek z tym, że nałogowo jeżdżą jeszcze w macicy, a być może nie ma związku.
[jest za to na pewno ścisły związek z płytami Brassensa, których kompulsywnie słuchałam w samochodzie przez ostatnie tygodnie. Brassens unplugged słodko kołysze Metalowego Chłopca do snu. nie mam nawet ułamka tej skuteczności]
ale nie rano, na bogów.
rano Metalowy Chłopiec odżywia się moim kosztem.
żadna eksploracja przestrzeni nie jest warta tyle, co pożywna kuchnia [SKĄD ON TO WZIĄŁ?]. siłą rzeczy, Dawca musiał przejąć poranny transport nieletnich do przedszkola.
[z cyklu kolejne sprawności z trójką – zapleść warkocz z nieokiełznanych pukli Erny, nie uchybiając świętej nieprzerywalności posiłku noworodka]
więc z rana jest kotłowanina gdzie spodnie gdzie kurtka gdzie spinka Erny Nowy Człowiek chce wziąć dinozaura do przedszkola ale nie może go odszukać, a kiedy znikają za drzwiami pojawia się puuustka.
Metalowy Chłopcze, pardon. jesteś oczywiście całym światem, od początku do końca.

powiedzmy to otwarcie – równoległe zagospodarowanie trzech bystrych umysłów nie jest kwestią. trójka dzieci na tym etapie nie wymaga pięciu rąk, tylko nerwów ze stali, a że nerwy mam w dobrym stanie, to doprawdy trzeba by wiele, żeby mnie wyprowadzić
z równowagi.
dzięki w miarę świadomemu wydawaniu ostatnich dwojga potomków na świat nie mam też żadnych skłonności do łoża boleści po powrocie ze szpitala.
problem jest w zatrzymaniu.
że życie nagle staje.
generalnie pędzę, a tu bach, z dnia na dzień. karmienie. przewijanie.
przestawienie się z dużej prędkości na sekwencje powtarzalnych działań jest pewnym problemem, przynajmniej dla mnie.
życie w tempie spaceru z wózkiem nie jest moją pasją.
doprawdy, nie jesteśmy po tej stronie bloga wszyscy tacy fajni.

jedynym idealnym jest póki co Metalowy Chłopiec i jego cera z marcepanów.