pomiędzy kadrami fotograficznej sielanki Erna potyka się o własne espadryle w kwiaty,
pada jak długa. rozpacza:
- jeszcze mi sie złamie skója i bende miała tu kjef!
Silny strąca smoczek w piach, a właśnie miał z nim zasnąć.
Nowy Człowiek zawraca korzystając z całej szerokości ścieżki, przeciąga rower między nogami i idzie mu to kulawo. cyklista, który właśnie gnał na przełęcz św. Bernarda gwałtownie hamuje i ląduje w krzakach.
Nowy Człowiek pyta:
- mamo, a mogę czegoś się napić?
najciekawsze jest to, co się dzieje poza kadrem, trójjedyna sielanka.

Silny siedzi w wysokim krześle, jem śniadanie. Silny omiata wzrokiem – mnie, kuchenne szafki, swoje palce. dwa albo trzy tygodnie żmudnych ćwiczeń i dłonie Silnego nie są już zdrewniałe, sprawnie przekłada zabawkę z ręki do ręki, niże kółko smoczka na palec. gdyby zapytać Silnego i gdyby Silny umiał odpowiadać, rzekłby na pewno, że życie jest tu. i cóż to w ogóle za pytanie? gdzieżby miało być życie? tam, gdzie nas nie ma? buaach.

Erna przybiega przebrana. korona, skrzydła, tutu, bransolety, korale, okulary.
- jestem pienkna? – pyta.
a może to afirmacja.
- … jestem kjójewna … – mówi Erna. – a ty jesteś kjójowa, a Piku jest …
- wcale nie. a poza tym – Nowy Człowiek natychmiast odrywa się od filmu o dinozaurach. – to nie jest prawdziwa korona.
Erna wspina się na palce.
- jakbim miała złotom, – rzecze. – tobim sobie stukła. mam taką … taką … taką z papieju
i co z tego?

racja.