stoimy w poczekalni. Erna ugniata Silnego. Silny, solidnie przymocowany pasami do fotelika samochodowego dynamicznie kopie nogami i raz po raz wzdycha.
- dziewczynka? – pyta jakaś miła kobieta.
- większe dziewczynka, mniejsze nie-dziewczynka. – mówię, a kiedy kończę zdanie mam wątłą nadzieję, że nie zabrzmiało, jak szyderstwo. nie miałam takiej intencji. Erna ma we włosach koronę ze spinek, a na szyi liczne koraliki.
- naprawdę chłopiec? – upewnia się Miła Kobieta i zapuszcza głębokiego żurawia w Silnego. – niemożliwe. wygląda, jak dziewczynka.
- chłopiec. a pani?
Miła Kobieta niesie na przedramieniu swój własny fotelik z nadzieniem.
- chłopiec. – mówi kobieta. – mam jeszcze jednego.
- ja też mam dwóch chłopców. – mówię.
Miła Kobieta przelicza. Erna – Silny. Silny – Erna. patrzy na mnie podejrzliwie.
jest ciepło.
myślę, że kobieta myśli, że jest ciepło. popołudnie. i daje o sobie znać zmęczenie.

- Silny, – jęczę, kiedy już siedzimy w samochodzie, z dala od Miłej Kobiety. – Silny, gdzie twoja reputacja, gdzie twoja renoma, gdzie twoja marka Silnego?
Silny beztrosko się ślini.

wieczorem Erna skubie suszone owoce z małego pojemnika.
- qu’est-ce que c’est? – pyta Dawca.
co tam wyżerasz?
- ziu-ja-win. – odpowiada Erna z akcentem według najlepszych reguł Académie française.
- c’est bon? – pyta Dawca.
smakuje?
- ły. – odpowiada Erna.
ale tu już lekka żulerka.
- oui. – mówi Dawca. – powiedz oui oui oui.
- mama!
– piszczy Erna. – mama, a wiesz, jak ja powiedziałam po fjancusku na ziujawine? ziujawin.

część z nas wybucha śmiechem, pozostała część nie.