Konfrontacja z własnym prawdziwym życiem
po dwóch tygodniach urlopu jest osobliwą przyjemnością, wręcz pewną z gruntu alternatywną
ekstazą, rzekłabym. Ale błędem byłoby mniemać, że zmierzam oto do konkluzji, iż jest wskazane unikać przerw w normalnym
życiu
dłuższych, niż cztery-pięć dni. Przeciwnie.

Tak czy inaczej, kończący się tydzień poświęciłam na oświecone trwanie w
zdumieniu, że tak, tak właśnie, jak tu, o, tutaj widać wygląda moje prawdziwe życie. Że budzik, który wyje o
świcie i sześć niechętnych wstawaniu, nieletnich nóg i sześć zagrzebanych w
pościeli rąk i trzy pomstujące gęby, że to wszystko moje. Moje! Śniadanie, ubranie,
czesanie, wyjście. I stałe plany zakupowe w tyle głowy – rano bułki i chleb, po
południu jaja i pomidor. I zdążyć! Zdążyć! Pranie, upychanie, składanie, generalna
dyrekcja zarządzania materią – to wszystko moje!, moje!, stęskniony za mną
kierat. Nie odkurzone półki, pustoszejące wnętrze lodówki, muszę nadawać
powietrzu ruch własnym ruchem et caetera. Wstrzelenie między te elementy, w tę
ruchomą magmę-machinę działań zawodowych wymaga kompetencji wręcz Wilhelma Tella. Że
tak sobie bzdurnie pochlebię.

Ekspresowo się przestawiam na wakacyjną funkcję zawieszenia, wertowania przewodników
i obmyślania tras. Procedura transformacji (trans-formers!) w przeciwnym kierunku
nie jest taka oczywista. Powiedzmy, że staram się pobierać wtedy/teraz energię z
medytacji czasu, który właśnie minął.
Hekh.
Po prostu oglądam zdjęcia.

Sanok, Ćmielów.

Po czym łypię do kumy z sąsiedniego kramu i co widzę. Misie, panie, patysie i
czerpiemy pełną garścią z bezruchu i ciszy. I mnie kuma przekonuje, do licha – ma
rację, myślę. A później sobie jednak przypominam własne nielaty, które chyba nie
udają rozkoszy, łażąc po wystawach i muzeach. I szybko sobie robię rachunek
sumienia, odbębniam serię mea culpa, gdzież ja zawiniłam. Może zawiniłam, a
może tylko po części. Dwóch tygodni misiów-patysiów nie zniosłabym ani ja, ani
nikt z Bandy Trojga, myślę.

Mam nadzieję.