Wczoraj wrzuciłam tu zdjęcie przystanku autobusowego w Pacanowie, a dzisiaj Aga
napisała w komentarzach, że zna ten rynek i ten przystanek, bo jeździła przed
laty z Krakowa do Sandomierza PKS-em, autobus zbaczał z głównej trasy, żeby
objechać pacanowski rynek i zahaczyć o przystanek, chociaż zwykle żaden pasażer
tam nie wsiadał, ani nie wysiadał. Przeczytałam komentarz Agi i metafizycznie mnie
ujął przepływ między czasem, życiem a blogaskiem, pewnie po dużej części
dlatego, że centrum Pacanowa jest żywcem z innego wymiaru. Więc mnie uderzyła nagła
realna klamra między przeszłością, teraźniejszością, a blogaskiem w miejscu
spoza czasu.
Nielichy flow.
Blogowanie bywa fajne.

————————————————————–

… tymczasem, tymczasem – jest koniec sierpnia, więc czas adaptacji.
Mam tutaj, jak wiadomo, po swojej stronie kabla, dwoje absolwentów przedszkola.
Absolwentka E. obstaje, że przedszkole było dla niej najszczęśliwszym okresem
edukacji, sielanką, idyllą i arkadią. Absolwent N.C. utrzymuje natomiast, że porażka.
Skończyli to samo przedszkole, tę samą grupę nawet.
Jest jasne, że każde z nich się ociera w swoich opiniach o przesadę.

I oto nadszedł czas, żeby ostatni z gromady wyrobił sobie własne zdanie na
temat przybytku Pod Ślimakiem.
Mgliście założyłam, że nie będzie łatwo, bo Silny-Pierożek z Marmoladą jest
pieszczoszkiem swojej opiekunki Ani,
swojej mamci i tak dalej. Pieszczoszek, dzidziulek, słodziaczek. Puciu-puciu,
nikt z nas jakoś nie marzy, żeby Silny ekspresowo dorastał, Silny dorasta
mimochodem i raz po raz nas olśniewa, że ma już więcej, niż dwa lata.

Tak czy inaczej, któregoś dnia zaczęliśmy ostrożnie bronować grunt pod
przedszkolne flance. Mistrzostwo osiągała Erna.
- A wiesz, co tam jest najfajniejsze?
– pytała z emfazą. Erna ma specjalny, uroczysty głos na podniosłe okazje. – Sa-mo-cho-dzik! – odpowiedziała sobie
Erna, nie czekając na reakcję brata. – Cały
koszyk samochodzików! Aż się wysypują na podłogę …
Silny wydął wargi. Brum-brum. Jemu wystarcza własne, kulawe auto bez jednego
kółka. Brum-brum.
- I wiesz, co jeszcze? – ciągnęła Erna
w górnych rejestrach. – Zjeżdżalnie!
Silny łypnął na Ernę nieufnie.
- Ja nie chce zjeżdżalni mieć cały dzień
na oku.
– jęknął.
Brum brum.
- Silny, – zawołałam spod drzwi wejściowych.
wyjeżdżamy!
Silny opuścił smętne witki ramion (jedzie Rodziewiczówną, ale w istocie – tak to
wyglądało).
- Nie chce iść do pedśloja, – popadł
w melodramatyczny lament. – bo sie zmenciłem!
Nie-
fart.
Dotarliśmy do placówki w rytm przelotnych suplikacji, pojękiwań i błagań. Silny
się utrzymywał w standardzie. Do momentu ostatecznego oderwania od matki. W trakcie
odrywania też się trzymał, powiedzmy, w kanonach świeżego przedszkolaka, ale
był to bardzo głośny i nader wstrząsający kanon. Dramat między szafką na
ubrania, a drzwiami do sali.
Żadne mi się tak nie darło, mówiąc wprost. Tzn. Erna się wcale nie darła.
Umarłam na miejscu i się rozpadłam na kawałki, przeszłam zawał, napad
szaleństwa i kolaps. Pożałowałam wszystkich przedszkolnych decyzji i zaczęłam rozważać
ewentualność ich odwołania. Wtorek (pierwszy dzień w przedszko) i środa były
koszmarne.
W środę rano Silny zapytał, czy idzie. Tak, odpowiedziałam.
- Aje mama, – Silny spojrzał na mnie
z przyganą. – ja już biłem jeden jaz do
pedszkoja!

Hm.
W czwartek rano usiadł na ławce w szatni.
- Mamo, – zapytał poważnie. – a jak bende płakać, to nie zostanę w
pedszkoju?

Zostaniesz, rzekłam, tyle, że z płaczem. I zedrzesz sobie gardło.
Hm, podumał Silny i poszedł do sali z miną skazańca. Nawet nie jęknął, nie mruknął,
od czwartku nie zapłakał.
- Patrz, mamo, – podsumował to Nowy
Człowiek. – więc on jednak ma mózg.
Ba.

A akcja podrzucania do przedszkola (Anita – też mama debiutanta, sprzedaje mi
swój patent: zamierzam wrzucić, jak granat – pisze Anita. I uciec, zanim nie wybuchnie.
Płaczem.), więc akcja przedszkolnego po(d)rzucania mi jako żywo nasuwa asocjacje
z szeroko i bujnie swego czasu komentowaną historią dziewczynki pozostawionej
przez rodziców na lotnisku z uwagi na nieaktualny paszport. Całkiem przypadkiem
to sobie niedawno wyguglałam, reportaż o mamie, która twierdzi, że jeszcze raz
w tej sytuacji by się zachowała tak samo i głos rzecznika praw dziecka na temat owej pani, że rzeczona powinna jakoby zweryfikować swoje kompetencje
rodzicielskie, bo ma je rażąco słabe.
I jest w tym reportażu fragment nagrania z 
lotniskowych kamer – rodzice zostawiają dziecko
za kontuarem i odchodzą, zrozpaczona dziewczynka biegnie za
rodzicami, hostessa ją odprowadza i tak dwa razy.
W ubiegłym tygodniu zrobiłam to samo.
Co prawda nikt mnie nie nagrał, nie puszcza tego po internetach i nie linczuje
mnie, pisząc, że jestem koszmarna, ale i ja przecież zostawiłam wrzaskuna i nie
zważając na nic, trzasnęłam za sobą drzwiami.
Ok., moje intencje i zamiary były z gruntu inne, niż tamtych państwa, przedszkole
to zasadniczo nie jest jakaś trauma, więc szukanie pokrewieństw między
adaptacją przedszkolaka, a porzuceniem dziecka i wyjazdem na wakacje jest pewną
przesadą. Ok. Jest. Pewną. Ale o tyle uprawnioną przesadą, że i jedna, i druga
sytuacja wiązała się z wyrządzeniem krzywdy nielatom.
Wychowując krzywdzimy – tak czy inaczej.

Co nie znaczy, że pochwalam zachowanie tamtej pani-miłośniczki Hellady. Nie.
Byłam wręcz wzdłuż i wszerz zbulwersowana. Ale na swój temat też nie mam
jakiegoś ekstatycznego zdania.

A tu jest tradycyjny fotoreportaż z pierwszego dnia.
Widać opadający entuzjazm Silnego, słabnące siły i pytanie „a po co ja tu?” w
każdej Silno-tkance.