Silny się przede wszystkim upewnił, że nie jedziemy do przedszkola.
Nie, nie jedziemy do przedszkola. W sobotę przedszkole jest zamknięte na pięć
zamków.
Ale na pewno nie do przedszkola?
Nie. Nie do przedszkola. Na pewno nie. Jedziemy oglądać F16.
Nam nie hałasują nad tarasem i nie mamy żadnych mentalnych skażeń (wyjąwszy
skażenie a priori, moje własne, głęboko zakorzeniony anty-militaryzm). Ergo – nie
wdrożyłam nielatów w potencjalną (i – jak się okazało – realną) możliwość
wymiany myśli na miejscu z weteranami z Afganistanu. Sama co prawda trochę
strzygłam uszami, ale raczej nieznacznie. Jak co strzela, gdzie się strzela, co
się składa i rozkłada, czterdzieści-ileś stopni w cieniu, biegiem w pełnym rynsztunku i umundurowaniu, aaa, ok, pan szanowny wrócił z Iraku, a nie z Afganistanu,
pardon.

Erna siadła za sterami wszystkich dostępnych maszyn, Silny puszczał wielkie
bańki, a Nowy Człowiek nabił sobie guza w czołgu (jak bezmyślnie skonstruowane!
– warknął).

Ale najpierw, najpierw wyczyść obuwie, brachu, po skorzystaniu w aeroporcie z
mobilnej ubikacji ;)